środa, 26 sierpnia 2009

speak my language

Dziś jest specjalny dzień, a mianowicie urodziny mojego kochanego męża. Z tej okazji chciałam mu upiec pierwszy raz w życiu domowy chleb. Maszynę do tegoż marki Moulinex przywiozłam z Polski, mąkę również. Poprosiłam zaawansowaną w pieczeniu znajomą o prosty przepis i błyskawicznie mi pomogła. Chlebek miał być drożdżowy, bom nieobeznana w temacie. Drożdże po poprzednich lokatorach znalazłam w naszej kuchni, ale kiedy sprawdzałam ich datę ważności przeczytałam na opakowaniu, że są to "drożdże chemiczne", które nie zawierają drożdży tylko proszek do pieczenia. Czym prędzej pobiegłam do pobliskiego sklepu, gdzie zapytałam o drożdże - na półce stały 3 rodzaje - wszystkie "chemiczne" (!). Więc z chleba nici... Nastawiłam natomiast zakwas żytni według wskazówek mojej znajomej i czekam do jutra.

Dziś również zalegalizowaliśmy pobyt mój i chłopców w Hiszpanii wyrabiając nam numery NIE, będące odpowiednikiem polskiego PESEL i NIP dla obcokrajowców. Numery te dostaliśmy właściwie od ręki - cała procedura trwała może 40 minut, bo w trakcie trzeba było wyjść z komisariatu policji do banku, żeby za nie zapłacić. Jak skwitował to mój ukochany "Hiszpanie są mistrzami w tworzeniu biurokracji, ale całkiem nieźle sobie z nią radzą". Oczywiście przemiły, słuchający w pracy Manu Chao policjant, który te numery obcokrajowcom wydaje, zapytany przez nas, czy mówi po angielsku, odpowiedział "a bit" i to było jedyne, co od niego po angielsku usłyszeliśmy... Cały czas mówił po katalońsku z hiszpańskimi wstawkami.

Natomiast urzędniczka w banku, pobierająca opłaty za wydanie numerów NIE, poprosiła o numery NIE wpłacających (!). Zresztą wszystko tutaj działa na podobnej zasadzie - obsługa klienta firmy Telefonica (największego dostawcy Internetu, telefonii i telewizji kablowej) rozwiązuje na problemy z Internetem jedynie na chacie, a problemy z telefonem tylko i wyłącznie przez telefon. Ciekawe, co robią, jeśli komuś zepsuje się telewizja?

Hiszpanie, a właściwie Katalończycy, naprawdę nie znają żadnych języków obcych nawet w stopniu podstawowym, mimo, iż teoretycznie uczą się ich już od przedszkola. Już dwukrotnie zdarzyło mi się, że odebrałam nasz domowy telefon i kiedy na zalew hiszpańskiej mowy, odpowiedziałam, że mówię jedynie po angielsku i francusku, osoba po drugiej stronie rozłączyła się bez słowa (!). W jednym przypadku był to, jak się później okazało, telefon z urzędu miasta. Po około dwóch godzinach zadzwoniono do mnie ponownie i tym razem była to osoba płynnie mówiąca po francusku. Byłam w szoku, bo po raz pierwszy usłyszałam tutaj kogoś takiego. Ona również była w szoku, kiedy dowiedziała się, że mimo, iż rozmawiam z nią po francusku nie jestem Francuzką tylko Polką. Podobny tok myślenia zaprezentowała rodzina, którą spotykam w sąsiedztwie - ponieważ rozmawiałam z nimi dwukrotnie po angielsku, byli święcie przekonani, że jestem Angielką. Może powinnam zacząć mówić do wszystkich po polsku?

Na skutek takich i im podobnych wydarzeń zaczynamy z mężem zachowywać się jak typowi, polscy emigranci - a mianowicie - narzekać na autochtonów i obyczaje panujące w goszczącym nas kraju. A jest to zachowanie, które zawsze bardzo krytykowałam...

2 komentarze:

Aneta i Twinsy pisze...

Wszystkiego najlepszego dla meza!!!

Anonimowy pisze...

wsyzstkiego najlepszego, juz kilka dni mieszkasz w hiszpanii, naoisz jak wrazenia, co dzieje sie ciekawego