niedziela, 2 sierpnia 2009

stay alive but stay the same

Wczoraj, mimo soboty, pracowałam na najwyższych obrotach. Poczułam się jak w moich najlepszych, menedżerskich czasach. Mam tylko nadzieję, że nie wpadnę po raz kolejny w pracoholizm... Choć matka Polka, chyba z założenia jest pracoholiczką?

Byłam świetnie zorganizowana - jeszcze przed 22. dzieci spały, śmieci były wyrzucone, drugie pranie się suszyło i zawartość pierwszej zmywarki też, kanapa zasikana wczoraj przez naszego kochanego kota była odplamiona, chałupa ogarnięta (jak zwykle dała o sobie znać anankastyczna strona mojej osobowości), a zakupy na niedzielę zrobione. (Czemu zawsze tak się składa, że muszę dźwigać opony samochodowe, kartony i inne ciężary w drugim dniu miesiączki, kiedy mam największe krwawienie?). Oczywiście zdążyłam również załatwić parę przedwyjazdowych spraw. mBank mnie zaskoczył - przemiła konsultantka bez problemu zarejestrowała zagraniczny adres do korespondencji (śmiała się tylko, że jest w nim tyle "r" co w słowie "torreador"). W internetowej księgarni nabyłam wielki słownik polsko-hiszpański i hiszpańsko-polski z dostawą w pierwszej połowie przyszłego tygodnia. W sklepie meblowym zamówiłam komodę, stolik i 2 krzesełka dla bobasów. Znalazłam również relatywnie tani transport mebli na przyszłą sobotę - potrzebuję uzupełnić stan mebli w mieszkaniu po wyprowadzce Weroniki, a przed planowanym wynajmem. I oczywiście odbyłam kilka rozmów telefonicznych oraz wysyłałam maile w sprawie wynajmu naszego mieszkania - m. in. negocjowałam kolejną umowę. Zadzwoniłam również do tego "fachowca", który wziął ode mnie 300 zł (sic!) i nie zrobił połowy roboty, na którą był umówiony; po tym, jak odkryłam, że połowę listw od szafy, które miał przykleić, ukrył w tejże szafie(!). Osobnik ów wykorzystał fakt, iż byłam zajęta dziećmi i nie skontrolowałam dokładnie efektów jego pracy, tylko uwierzyłam mu na słowo. (Mimo mojego wieku jestem nadal strasznie naiwna...) Obiecał, że oddzwoni, bo nie może w tej chwili rozmawiać. Jeśli nie oddzwoni do poniedziałku, to chyba go urzędem skarbowym postraszę, bo oczywiście żadnego pokwitowania mi nie dał...

Na koniec dnia przejrzałam jeszcze zawartość naszych szafek w łazience - wyrzucając stare bądź niepotrzebne kosmetyki; znalazłam paragon z Ikei sprzed półtora roku, na podstawie którego, mam zamiar jeszcze przed wyjazdem dokonać reklamacji oraz uaktualniłam moją niekończącą się listę rzeczy do zrobienia przed wyjazdem...

Po tym wszystkim, moje najstarsze dziecko, które pojechało dziś wieczorem nocować u przyjaciółki, zafundowało mi psychojazdę nie dzwoniąc po dotarciu na miejsce i nie odbierając moich telefonów... Na szczęście (mimo moich czarnych wizji), wszystko skończyło się dobrze. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że nie będzie kontynuować owego procederu w Barcelonie, gdzie leci z moim ukochanym i z tą samą przyjaciółką juz za niecały tydzień!

Brak komentarzy: