czwartek, 6 sierpnia 2009

strange days have found us

Coraz bardziej zdziwiona jestem. Niby to takie oczywiste, ale ciągle żegnam się z ludźmi i z miejscami, po raz ostatni robię to, czy tamto tutaj... Sama jestem ciekawa, jak to się dalej wszystko potoczy, ale łapię się na tym, że traktuję ten wyjazd jako totalną emigrację i w ogóle nie wyobrażam sobie powrotu. Choć życie tam jeszcze trudniej jest mi sobie wyobrazić...

Dziś pokonałam prawie całą Warszawę, a ona pokonała mnie pokazując mnóstwo miejsc, które kojarzą mi się z moim ukochanym: 2 hotele, w których uprawialiśmy dekadenckie szaleństwa; bar Vega; CDK... i miałam ogromną ochotę pojechać pod jego mieszkanie, gdzie kochaliśmy się po raz pierwszy. Zawsze sobie obiecuję, że kiedyś tam jeszcze wrócimy...

I żeby było jeszcze dziwniej, dziś na mieście zauważyłam wiele plakatów reklamujących książkę "Władca Barcelony" i nowo otwarty sklep koło nas nazywa się "Barcelonetta", a na chodniku koło Vegi znalazłam kartę od tarota "Powściągliwość" - wzięłam to za wróżbę na drogę...

Ostatnio, korzystając z pomocy naszej super niani i mojej córki, praktycznie mieszkam w Ikei oraz sklepach ze sprzętem RTV i AGD. Nie, żebym to lubiła - wręcz przeciwnie po godzinie spędzonej w takim miejscu z klimatyzacją, sztucznym oświetleniem i wdzierającą się w uszy muzyką przeplataną reklamami - mam serdecznie dość. Ale już niedługo. W dwa ostatnie popołudnia zrobiłam ogromne, jak na mnie, zakupy oszczędzając ponad 300 zł (a to dzięki reaserchowi w rozmaitych sklepach, bo targować się nie umiem i nie znoszę) i nabyłam: sofę dwuosobową, rozkładaną wraz z materacem; wypasioną maszynę do pieczenia chleba; 2 suszarki - do naczyń i do ubrań; jakieś drobiazgi do kuchni; telefon bezprzewodowy dwusłuchawkowy oraz znalazłam wreszcie towarzysza podróży (!)- będzie nim GPS Tom Tom XL (w dzisiejszych czasach wszystko można kupić).

Moja córka dokończyła dziś malowanie swojego nowego pokoju u taty. A moi synkowie spędzili kolejne miłe popołudnie z nianią, która wyszła od nas szczęśliwa i obładowana ciuchami z mojego już zamkniętego sklepu. Jutro będzie płakać - pamiętam, jak płakała, kiedy kończyła regularną pracę u nas...

Dziś pożegnałam się też z bardzo bliską znajomą, która również planuje emigrację. Ciekawe, czy się jeszcze spotkamy?

A tak w ogóle to jestem bardzo z siebie dumna, że to wszystko ogarnęłam i że lista spraw do załatwienia przed wyjazdem dramatycznie się skróciła mimo, iż ciągle dodaję do niej nowe zadania. I sama sobie zazdroszczę tej podróży, tego nowego mieszkania i nowego życia.

2 komentarze:

ania pisze...

Jak przeczytalam Bar Vega to mnie w dolku scisnelo . Barcelona jest PIEKNA ! Pozdrawiam z Kanady.

Anonimowy pisze...

jak ci fajnie, zycze wszystkiego najlepszego na obczyznie i prosze nie zapomnij od czasu do czasu napisac jak ci sie zyje na Costa Brava-pozdrawiam
ps.kilka dni temu snilo mi sie ze tez sie wyprowadzilam i zamieszkalam w Barcelonie, heh he