poniedziałek, 21 września 2009

'cause it's a bittersweet symphony, this life

Ten post będzie gorzki. Wczoraj miałam serdecznie dość. Wczorajszy dzień pozwolił mi przetrwać jedynie widok mojego auta, (zaparkowanego na ulicy, bo do garażu nadal nie mam odwagi wjechać). Po prostu co jakiś czas zaryczana wyglądałam przez okno i upewniałam się, że ono nadal tam stoi i że mam w portfelu kartę kredytową i że wiem, gdzie leżą paszporty moje i dzieci i że w najgorszym razie, jak już naprawdę będę miała dość... mogę w ciągu kilku godzin spakować siebie i chłopców i wyruszyć do Warszawy... co prawda nie mam tam, ani mieszkania, ani pracy, ale mam przyjaciół i może ktoś by nas na jakiś czas przygarnął...

Poczucie bezsilności mnie dobija. Na początku, kiedy okazało się, że kupienie chleba czy biletu na metro urasta tutaj do rangi problemu, pocieszałam się, że przynajmniej nie dostanę Alzheimera, bo gimnastykuję umysł. Teraz mam już jednak dość tej codziennej gimnastyki. Angielski nie jest w Hiszpanii lingua franca, niestety. A mój zmęczony umysł ciągle projektuje i zniekształca dźwięki. Kilka razy dziennie wydaje mi się, że ktoś mówi po angielsku, francusku lub nawet po polsku. Oczywiście w końcu zawsze okazuje się, że był to kataloński... To jak z testem plam atramentowych Rorschacha - umysł łapie się czegokolwiek, co wydaje mu się znajome...

Dlatego taką wielką radość sprawiła mi znaleziona na dnie walizki książka "Nocny pociąg do Lizbony" - pożegnalny prezent od przyjaciółki. Czytam ją powoli, rozkoszując się słowami (zresztą ta książka jest o słowach właśnie). Dziś znalazłam takie oto zdanie: "Czy mógłby tutaj żyć? Żyć i pracować, zostać kimkolwiek zechce?" To pytanie zadaję sobie kilka razy dziennie. Jednego jestem pewna, żeby tu żyć, muszę poznać co najmniej jeden z dwóch miejscowych języków, bo na razie pozostaję poza nawiasem społeczeństwa. Przeszkodą są jedynie brak czasu i pieniędzy, ale jakoś się z tym uporamy. Na razie jestem pierwsza na liście oczekujących na darmowy, sobotni kurs katalońskiego w Terrassie i szukamy dla mnie taniego, weekendowego kursu hiszpańskiego w Barcelonie.

Ale są też miłe chwile. Spotykam ludzi, którzy mnie rozpoznają - dobrze, że mam blond bliźniaków i turkusowe włosy. Rozkoszuję się przyjazną aurą i florą, a w mojej głowie plan Terrassy powoli układa się w spójną całość. Fajne są spacery po okolicy - te zdjęcia zrobiłam w pobliskim parku i na placu zabaw:
spacery w Terrassie
a te, kiedy wybraliśmy się do Girony w poprzedni weekend:
Girona

środa, 2 września 2009

guess that this must be the place

Jestem tu już prawie miesiąc i tyle wystarczyło, żebym zaczęła myśleć o tym miejscu jako o domu - złapałam się na tym kilka dni temu, kiedy wracałam z bobasami ze spaceru. Oczywiście od razu zaczęłam przypominać sobie nasze warszawskie mieszkanie, ale nie wycisnęło mi to łez z oczu. W ogóle na razie nic mi łez tęsknoty z oczu nie wyciska, no poza moją córką oczywiście... Ciekawe ile potrwa taki stan? Na razie brakuje mi tylko rozmów z ludźmi i czegokolwiek do czytania. O to pierwsze jeszcze długo będzie mi tu trudno. W niedzielę w nocy pożegnaliśmy jedynych (i do tego bardzo fajnych) znajomych, których tu mieliśmy - wrócili do Polski. I tym sposobem jedyną osobą, z którą mogę pogadać pozostał mój ukochany, który, nie da się ukryć, wraca do domu najwcześniej przed 21. Dobrze, że szykują się nam w tym miesiącu dwa długie, czterodniowe weekendy. Moje kontakty z autochtonami właściwie uniemożliwia bariera językowa. A mój doskonały angielski i francuski, paradoksalnie, bardzo mi w nich przeszkadza. Katalończycy nawet jeśli mówią w którymś z tych języków, to mówią bardzo słabo, a ja ucieszona, że wreszcie ktoś mnie "rozumie" zaczynam mówić dużo i szybko, czego skutkiem jest skonfundowanie potencjalnego rozmówcy. Jedyna kobieta, która wraz ze swoją córką spędziła z nami jakąś godzinkę na placu zabaw, mówiła do mnie głównie po hiszpańsku, a ja odpowiadałam jej po angielsku. Więc na razie taki "Ghostdog"...

A jeśli już przy filmach jesteśmy, to w zeszły weekend był grany Michałkow ("Spaleni słońcem") i może nie "Stalker", ale jego literacki pierwowzór "Piknik na skraju drogi". Wybraliśmy się również nad morze. Chociaż niebo było zachmurzone, temperatura bardzo mi odpowiadała, bo morze było prawie tak ciepłe jak powietrze. No i na dzień dobry powitało mnie egzotyczną muszelką i kawałkiem wypolerowanego szkiełka do mojej kolekcji, oraz plastikowym tygrysem i hipopotamem dla bobasów. Choć plaża była wąska, a parking drogi, miasteczko Sitges z nadmorską promenadą, obsadzoną po obu stronach palmami, skojarzyło mi się li tylko z Cannes.

Kilka osób zadało mi już pytanie, czy jestem tu szczęśliwa? Pytanie niby proste, ale nie mam na nie prostej odpowiedzi... Ogromnym minusem jest totalna alienacja. Jako urodzona outsiderka w sumie lubię ten stan, ale nie posunięty do granic absurdu i bezterminowy tak, jak tu... Po ponad dwóch latach spędzonych w domu w Warszawie z chłopcami, jestem zwyczajnie zmęczona. Psychicznie - bo w Polsce miałam od czasu do czasu jakąś odskocznię - wyjścia z mężem, kiedy chłopcami zajmowała się niania, albo spotkania z przyjaciółkami, wizyty u kosmetyczki i fryzjerki, książki i długie, wieczorne rozmowy telefoniczne. Teraz nie stać mnie na żadną z tych rzeczy. A wieczorne, samotne wyprawy na miasto mniejsze czy większe, jakoś nie wydają mi się kuszące, zwłaszcza, że szanse na to, iż poznam kogoś z kim się dogadam, są praktycznie żadne. I fizycznie, bo całe dnie spędzam z bobasami, a żeby wybrać się z nimi gdziekolwiek, muszę pchać ciężki wózek stromymi uliczkami - jazda samochodem nie wchodzi w grę ze względu na koszty parkowania. Poza tym, ponieważ dosłownie wszystkie sklepy zamykają tu o 21. spada na mnie funkcja zaopatrzeniowca. Nasz wózek ma udźwig do 30 kg, a chłopcy ważą na oko po około 13 kg. Więc, żeby zrobić zakupy dla naszej rodziny, nie ryzykując rozwalenia wózka, udaję się do oddalonego o dwie przecznice supermarketu bez niego, prowadząc chłopców za rączki. Na początku jest to nawet zabawne - bobasy ze śmiechem ciągną mały koszyk na kółkach (genialny wynalazek) po całym sklepie i wrzucają do niego co popadnie. Im cięższy jednak staje się koszyk i im więcej w nim budzących ich apetyt produktów, tym trudniej mi opanować sytuację. Kiedy wychodzimy ze sklepu mam zwykle w wielkiej torbie na ramię około 10 kg (sic!) zakupów i 6,5-litrowy baniak wody w ręce oraz dwóch niesfornych chłopców, którzy ani myślą iść z mamą za rączkę po tutejszych, bardzo wąskich chodnikach.

Ogromnym plusem jest dla mnie oczywiście klimat i nocne życie. Kiedy w piątek wieczorem - około 23. - siedzieliśmy ukochanym w kafejce nasi chłopcy bawili się na pobliskim placu zabaw wraz z piętnaściorgiem (sic!) dzieci w swoim wieku. Fajnie jest też kupować tu jedzenie - w każdym sklepie kupuję tanio produkty, które w Polsce były bardzo drogie - takie jak egzotyczne owoce i warzywa, oliwki, tapenady, oliwę czy dobre wino oraz takie, o których mogłam tylko pomarzyć - takie jak jogurty sojowe w wielu smakach i jeszcze bardziej egzotyczne owoce i warzywa. W parku, do którego najczęściej chodzę z synkami na spacery, rosną platany, palmy i inne egzotyczne drzewa, których nazw oczywiście nie znam, a w ich koronach skrzeczą kolorowe papugi... I to są właśnie te momenty, kiedy przecieram oczy i pytam się samej siebie, jak to się stało, że naprawdę tu jestem i to nie na wakacjach, tylko tak normalnie, po prostu sobie tutaj mieszkam...