czwartek, 15 października 2009

baby, life's what you make it

Wczoraj wszyscy znajomi z Polski zaskoczyli mnie doniesieniami o śniegu. U nas cały czas około 25 stopni i dużo słońca, więc takie doniesienia przypominają mi, czemu tu przyjechałam. Ta tutejsza jesień jest zupełnie inna niż w Warszawie - pozbawiona deszczu czy chociażby wilgoci, ale czuć ją w powietrzu - zwłaszcza wieczorami, no i na drzewach pojawiają się pierwsze, żółte liście.

Właśnie znalazłam całkiem darmowe kursy językowe w Barcelonie i w Terrassie: katalońskiego, hiszpańskiego, angielskiego i innych języków (włączając w to chiński, baskijski i arabski (sic!)). Szkoda, że tak późno, ale kto wie - może zapiszę się na nie w przyszłym roku szkolnym? W ogóle dużo rzeczy zaczęłam na ten przyszły rok odkładać... Wierzę, że w tym szaleństwie jest metoda. W kraju, gdzie nikt się niczym nie przejmuje, przejmowanie się czymkolwiek, to psychiczne samobójstwo. Więc, staram się jak najmniej przejmować i co jest dla mnie wielkim wyzwaniem, bo od dziecka przejmowałam się wszystkim dookoła i do tego za bardzo...

Więc stosuję proste psychotechniki zen typu być tu i teraz, skupiać się na kolejnym kroku i tym podobne, co pozwala mi utrzymać względną równowagę psychiczną i nie poddawać się zniechęceniu. Zresztą nie tylko na emigracji - właściwie w każdej sytuacji - myślenie i planowanie następnego kroku, zamiast myślenia i planowania w perspektywie nieokreślonej przyszłości jest dużo mniej stresujące i w efekcie skuteczniejsze. Gdybym była tu na wakacjach - pewnie uznałabym je za jedne z bardziej udanych; dlatego więc będąc tu w życiu codziennym - nie miałabym go uznać za jedno z bardziej udanych?

Brak komentarzy: