środa, 21 października 2009

here comes the rain again

Weekend spędziliśmy wspaniale. W sobotę spotkaliśmy z polską rodzinę mieszkającą od kilku lat w Barcelonie. Fajnie było usiąść pod regałem wypełnionym dobrymi, polskimi książkami. No, i oczywiście okazali się bezcennym źródłem wiedzy.

W niedzielę, wybraliśmy się na wegański piknik do parku Ciutadella. Objedliśmy się strasznie i poznaliśmy mnóstwo ludzi - w większości wegan oczywiście. Byliśmy dla nich ciekawymi okazami, bo wprawdzie wegan jest w Barcelonie relatywnie dużo (kilkaset osób), ale wegańskie dzieci należą tu do rzadkości. Niemniej jednak pracujemy nad poznaniem tych kilku okazów, o których usłyszeliśmy.

Bobasy chyba również świetnie bawiły się na pikniku. Biegały, boso po trawie wśród ludzi i psów rozłożonych w okolicy. Jak zwykle Igorek wiódł prym w kontaktach towarzyskich - zaczepiał naszych nowych znajomych chodząc od jednego do drugiego z kartonem soku i każąc go sobie nalewać do kubeczka oraz dopominając się jedzenia. Raz nawet zniknął nam z oczu - okazało się, że przyłączył się do grających na gitarach sąsiadów.

Niestety we wtorek pogoda popsuła się - zaczęło padać i pada z małymi przerwami aż do dziś. W taką pogodę naprawdę cieszę się, że chłopcy nie chodzą jeszcze do przedszkola. Po deszczu jest nawet przyjemnie - z łatwością mogę sobie wyobrazić, że to wiosna. Niemniej jednak pogoda zmusiła mnie wreszcie do wyprawy po 60 autek i adidasy dla Olafka. Zakupy przebiegły sprawnie, pomijając, to, że w Decathlonie chłopcy wrzucili swoje smoczki do dużego pojemnika z piłkami, a w Carrefourze, Olafek zasnął w koszyku na zakupy ściskając tubę wypełnioną samochodzikami. Niestety nie udało nam się kupić folii na wózek, bo nawet manager nie mówił po angielsku ani francusku. Nic to, morał z tego taki, że trzeba się uczyć języków i to mam zamiar zrobić.

Brak komentarzy: