piątek, 2 października 2009

hey jude

Po wrześniowym załamaniu, październik zaczął się nad wyraz dobrze... Osiągnęłam względną równowagę psychiczną stosując proste psychotechniki zen typu być tu i teraz, skupiać się na kolejnym kroku i tym podobne. Co sprawiło, iż spojrzałam na moje życie tutaj z całkiem nowej perspektywy i rozluźniłam się, co z kolei zaowocowało pozytywnymi wydarzeniami. Takimi jak: nadejście e-maili, których się już przestałam spodziewać (m.in. od mojej mamy i od dziewczyny, którą poznałam na spacerze z dziećmi); uruchomieniem rozmów z polskimi telefonami stacjonarnymi przez skype'a (dzięki czemu odbyłam ponad godzinną rozmowę z moją ulubioną siostrą cioteczną); szansą na odnowienie po 2 latach kontaktów z moim ojcem; znalezieniem wieczorowego kursu hiszpańskiego w Barcelonie (którego cena nie przekracza naszych możliwości finansowych); a może nawet powrotem bobasów do dziennej drzemki. Tego ostatniego nie jestem jeszcze pewna, więc nie chcę zapeszać.

Dziś spędziłam naprawdę miły dzień. Mimo, iż brud i bałagan panujące w naszym mieszkaniu już dawno przekroczyły wszystkie przyjęte przeze mnie normy, po raz pierwszy od dłuższego czasu czułam, że ogarniam sytuację. Dzięki olbrzymiej porcji niedobrego risotta, którą przygotowałam wczoraj, nie musiałam prawie w ogóle gotować. Przedpołudnie spędziłam z chłopcami w domu na codziennych, prozaicznych czynnościach takich jak: kąpiel, rozładowywanie i ładowanie zmywarki, zdejmowanie i nastawianie prania, zabawy, rozmowy i oczywiście jedzenie (które nadal pozostaje w centrum ich zainteresowań). Nie obyło się oczywiście bez drobnych konfliktów - Olafek ugryzł Igorka w pupkę, kiedy po kąpieli biegali bez pieluszek. Najdziwniejsze jest to, że zrobił to całkiem nieświadomie, bo często ma problem z odróżnianiem całowania i gryzienia... Sama nie wiem, który z nich bardziej się tym przejął. Po dwunastej znalazłam Igorka śpiącego w łóżeczku, a Olafek wkrótce do niego dołączył, co pozwoliło mi obdzwonić kolejne szkoły językowe w Barcelonie.

Po drzemce, ponieważ zaczął padać deszcz, wyruszyliśmy do dziecięcej przechowalni na naszej ulicy, którą na potrzeby chłopców szumnie nazywam "przedszkolem". Zostawiłam tam bobasy po raz drugi. Pierwsza, godzinna próba, skończyła się godzinnym (sic!) płaczem Olafka i świetną zabawą Igorka. Dziś było inaczej, co nie oznacza, że dużo lepiej... Mimo, że obaj chłopcy po poprzedniej wizycie dużo mówili o "niani", kiedy wychodziłam Olafek uderzył w płacz. Więc wyszłam z ciężkim sercem... Kiedy wróciłam po godzinie, usłyszałam, że Olafek dąsał się i płakał przez pół godziny, a potem dobrze się bawił. I rzeczywiście - kiedy weszłam zobaczył go pędzącego samochodzikiem z rozwianymi włosami i szerokim uśmiechem; ale niestety płacz Igorka było słychać już na ulicy... Opiekunka powiedziała mi, że po pół godzinie role się odwróciły i kiedy tylko Olafek zaczął się bawić, Igorek zaczął płakać... Pocieszam się tym, że obaj potrafią się dobrze bawić w tym miejscu...

Zostawiwszy chłopców w przechowalni, udałam się na zakupy. Nabyłam bardzo szerokie spodnie, które noszą wszystkie Katalonki oraz mniej i bardziej egzotyczne owoce i warzywa. Było mi miło, kiedy sprzedawca z warzywniaka zapytał gdzie mam dzieci...

Brak komentarzy: