piątek, 9 października 2009

unhappy girl playing solitaire

Kolejne dni mijają - raz jest lepiej, raz gorzej... A ja edytuję kolejne posty na tym blogu, ale jakoś nigdy nie jestem w nastroju do ich publikacji...

Teraz akurat jesteśmy chorzy, a to nigdy nie nastraja optymistycznie, nawet kiedy na dworze jest blisko 30 st. Martwi mnie, że nadal nie mamy ubezpieczenia, a w aptekach w ogóle nie ma leków, które bez problemu można dostać w Polsce (kiedy szukaliśmy Pulmex baby, próbowano nam wcisnąć krem na podrażnienia skóry). Moich domowych sposobów leczenia nie mogę tu stosować, ponieważ w tutejszych sklepach nikt nie słyszał o kaszy jaglanej (sic!). Zresztą co ja mówię o kaszy jaglanej, tutaj nie można dostać nawet dobrej czarnej herbaty (sic!). Właśnie poprosiłam przyjaciółkę, żeby przesłała mi paczkę Dilmah.

Mój plan uczęszczania na kurs hiszpańskiego w Barcelonie upadł, ponieważ szef męża nie zgodził się na jego przychodzenie do pracy 2 razy w tygodniu na dziewiątą i wcześniejsze (o godzinę) wychodzenie z pracy. Wot korporacja! Co do katalońskiego, nadal pozostaję na ławce rezerwowych, a kurs trwa od początku września...

Bardzo długo niewidziana przyjaciółka z lat szkolnych, która zjadła zęby na emigracji, napisała mi: "Piękne krajobrazy i uczciwi, uśmiechający się do ciebie ludzie to wszystko fajnie, ale potrzeba przyjaciół i rodziny"... I tak się właśnie zastanawiam, czego mi potrzeba? Z przyjaciółmi mogę rozmawiać przez Skype'a - nawet ostatnio uruchomiłam rozmowy z polskimi telefonami stacjonarnymi (dzięki czemu odbyłam ponad godzinną rozmowę z moją ulubioną siostrą cioteczną). Bez rodziny nauczyłam się żyć już jakiś czas temu. Mamy tu piękną pogodę, piękne krajobrazy i piękne mieszkanie... Czegóż chcieć więcej?

Brak komentarzy: