piątek, 23 października 2009

you'll ride my rainbow in the sky

Dokonałam rzeczy niemożliwej - posprzątałam blisko 100 m kw z dwoma szwędającymi się pod nogami bobasami. Sama nie wiem, jak to zrobiłam - zaczęłam około 13. i skończyłam ok. 21. - odkurzyłam i umyłam podłogi, blaty, sanitariaty, zmieniłam 3 komplety pościeli, poukładałam ubrania w szafkach, a w międzyczasie jeszcze nastawiłam i rozładowałam zmywarkę, ugotowałam obiad i bawiłam się z chłopcami (sic!). Chyba jestem jakimś robotem... Prawie cały dzień padało. Dopiero wieczorem przejaśniło się i zobaczyliśmy na niebie 2 piękne tęcze.

Potem spotkałam się ze znajomą na wymianę językową. Nie wiem, czy dużo się na niej uczę, ale na pewno jest to jakaś forma rozrywki. I pomyśleć, że kilka lat temu byłam zmęczona intensywnym życiem towarzyskim i zawodowym, i że dobrowolnie zrezygnowałam z obu, i wycofałam się w domowe zacisze, i zaszłam w ciążę... Teraz częściej rozmawiam z innymi "siedzącymi" z dziećmi mamami niż w Polsce. W ogóle mam większe ciśnienie na międzyludzkie kontakty. A to dlatego, że w Warszawie pozostawały one w zasięgu ręki. Dlaczego doceniamy, to co mieliśmy, dopiero wtedy, gdy to stracimy?

Wracając przed północą z Barcelony popatrzyłam po raz nie wiem który na plan metra i uświadomiłam sobie, czym to miasto różni się od wszystkich innych, które znam. Otóż ma kształt wachlarza rozwiniętego nad morzem. Na rączce tego wachlarza, to jest na molo pracuje mój mąż, a mieszkamy w jego górnej części mniej więcej po środku. Zresztą latem rzeczywiście wszyscy bez wyjątku używają tu wachlarzy...

Brak komentarzy: