niedziela, 22 listopada 2009

coraz rzadziej się śmieję, tęsknię za czymś ogromnie

Ten blog miał być pamiętnikiem szczęśliwej gospodyni domowej. Pełnym apetycznych przepisów i trafnych uwag na temat wychowywania dzieci. Jednak mój neurotyzm przeważył szalę - coraz mniej w nim o dzieciach, a coraz więcej o mnie... mam nadzieję, że jako następny nie dojdzie do głosu mój ekshibicjonizm i nie zacznę tu odsłaniać mrocznych zakamarków mej duszy.

Czuję się coraz dziwniej. Pamiętam czasy licealne, kiedy nie potrafiłam znieść "normalnego" stanu świadomości i ciągle starałam się go zmienić na różne sposoby. Teraz za nim tęsknię. Sama nie wiem czemu, może to zmęczenie materiału, może deprywacja snu i innych potrzeb, może tęsknota za pozostawionym w kraju dzieckiem, może stres, który skutkuje większą niż zwykle labilnością emocjonalną, a może po prostu samotność i izolacja, a najpewniej splot tych wszystkich czynników - w każdym razie, mój stan rzadko kiedy można nazwać normalnym...

Wracając do rzeczywistości - nie umiem wychować moich synów, co dosłownie spędza mi sen z powiek. Kiedy przypominam sobie jak naturalnie prosto było opiekować się córką w ich wieku, chce mi się płakać z bezsilności. Synkowie potrafią być słodcy i kochani. Jednak przez większość czasu wykazują całkowitą obojętność wobec moich próśb czy poleceń. Nie wiem, czy to kwestia mojego wieku, różnicy płci, ich charakterów, czy wadliwego systemu, ale wiem, że zupełnie sobie nie radzę.

Poza tym byliśmy w weekend w Tarragonie i wprawdzie nie doszliśmy na plażę, ale widzieliśmy rosnące wzdłuż tamtejszej rambli drzewa obsypane mandarynkami. W takich chwilach czuję się dobrze.

piątek, 13 listopada 2009

soyons zen

Kolejny długi dzień się kończy. A ja, o dziwo, jestem z siebie zadowolona. Dziś po raz pierwszy odbyłam samodzielną wyprawę z chłopcami do Barcelony. Już wcześniej tam z nimi jeździłam, ale zawsze wracałam z mężem. Co prawda na miejscu spotkałam się z koleżanką, która pomagała mi w zakupach, pchaniu wózka i w ogóle okiełznaniu wycieczki (raz tylko przeżyła chwilę załamania, kiedy chłopcy nie chcieli usiąść w wózku i zaczęła tłumaczyć przechodniom, że to nie jej dzieci i dlatego tak się zachowują). W każdym razie czuję się coraz mniej uziemiona i coraz bardziej samodzielna. Po prawdzie prawie wszystko da się z bobasami zrobić - razem (cokolwiek to "razem" miałoby to oznaczać) robimy codzienne i hipermarketowe zakupy, sprzątamy mieszkanie, gotujemy, wyrzucamy śmieci (oczywiście uprzednio je segregując), nastawiamy i wieszamy pranie, ładujemy i rozładowujemy zmywarkę, wykonujemy drobne naprawy domowe i spotykamy się ze znajomymi, ba, ostatnio nawet byliśmy razem u fryzjera.

To mój sposób na poradzenie sobie z kryzysem macierzyństwa, który boleśnie odczułam po przeprowadzce do Hiszpanii. Czułam się totalnie uziemiona i odizolowana od wszystkich i wszystkiego. Moim pierwszym odruchem było zamknięcie się w sobie i w domu oraz unikanie wszelkich trudnych sytuacji, takich jak pchanie wózka lub jazda samochodem po stromych i wąskich uliczkach, przedzieranie się z wózkiem po nieprzystosowanych do tego sklepowych alejkach, parkowanie w wąskich podziemnych i naziemnych garażach i parkingach, jazda metrem bądź pociągiem (nas wózek prawie nigdy nie mieści się do windy), puszczanie bobasów luzem na otwartej przestrzeni, spotkania towarzyskie w asyście rozmarudzonej progenitury i długo jeszcze można by wymieniać...Dzięki takiej polityce stworzyłam błędne koło - izolowałam się, więc czułam się coraz bardziej wyizolowana, nie wychodziłam, więc czułam się coraz bardziej uziemiona i nieszczęśliwa.

Dobrze, że mając 19 lat przez trzy miesiące pracowałam jako au pair u pewnej francuskiej rodziny. Moja pracodawczyni, która miała wówczas zaledwie 28 lat, miała również 4 dzieci w wieku od 5 miesięcy do 8 lat i cały dom na swojej głowie. W dni robocze rola jej męża ograniczała się z konieczności głównie do zarabiania pieniędzy. Ta kobieta już wtedy została moją idolką - radziła sobie z tym wszystkim z uśmiechem na ustach. Przypomniałam sobie nasze cotygodniowe wyprawy do supermarketu - robiłyśmy zakupy w asyście trójki młodszych dzieci (jej najstarszy syn był w szkole). Każda z nas wiozła w koszyku jedno dziecko, a najmłodszy siedział w nosidle. I to były naprawdę fajne wyprawy. I choć w domu moich pracodawców panował straszny bałagan, a posiłki składały się głównie z mrożonek odgrzewanych w mikrofalówce, była to bardzo szczęśliwa rodzina.

Ta i inne refleksje, na przykład słowa mojego mistrza zen, które powinnam chyba sobie wytatuować w widocznym miejscu "trzeba robić z tym, co mamy", doprowadziły mnie do chwili obecnej. Do chwili większego luzu. W naszym domu rzadko jest tak czysto, jakbym chciała. Coraz częściej wychodzę z bobasami bez wózka. A na spacerach pozwalam im tarzać się po ziemi. Angażuję ich do domowych zajęć. I coraz częściej spotykam się ze znajomymi. A kiedy mam po temu okazję staram się wychodzić, choćby na chwilkę, tylko z jednym bobasem i wtedy czuję się... jakbym w ogóle nie miała ze sobą dziecka. Ciekawe, czy mamy czworaczków czują się tak wychodząc z dwójką pociech?

środa, 4 listopada 2009

stay up late

Moje życie w Katalonii zaczyna nabierać rumieńców. Miło i kolorowo jest już nie tylko w weekendy. Odbieram coraz więcej telefonów i e-maili od nowych znajomych. Przełamałam swój językowy impas i mimo, iż nadal nie rozpoczęłam formalnie nauki, klecę nieporadne zdania po kastylijsku posiłkując się kieszonkowym słownikiem i odmianą czasowników hiszpańskich. Kataloński nadal pozostaje terra incognita, bo, choć rozumiem wiele widząc tekst, w żaden sposób nie mogę dopasować go do dźwięków, które wydają autochtoni.

Wczorajszy dzień należał do naprawdę udanych. Koło południa poszłam na spacer z chłopcami (uwaga, bez wózka - sic!) i było tak ciepło, że dało się chodzić jedynie w krótkim rękawku. Wracając zrobiliśmy małe zakupy.

Po lunchu, Igorek przysnął na kanapie, a ja, niezrażona tym faktem, udałam się do łazienki, by naszykować się do wyjścia. Kiedy wróciłam, zastałam oba bobasy wtulone w siebie i śpiące na kanapie. W związku z czym nie pozostało mi nic innego, jak dać im pospać i zrezygnować z zaplanowanych zakupów w Barcelonie. Obudziłam chłopców po około 3 kwadransach, mówiąc, że musimy iść do pociągu.

Wjechaliśmy na peron w ostatniej chwili. W drodze do stolicy Katalonii bobasy zdążyły skonsumować 2 banany i 2 sojowe jogurty. Po czym, Igorek zrobił kupkę i rozpłakał się tak głośno, że musiałam przewinąć go w przedziale (w naszych podmiejskich pociągach nie ma toalet). Na plaza Catalunya wpadliśmy spóźnieni równo o 5 minut - tak jak przyjaciółka, z którą byliśmy umówieni.

Około pół godziny błąkałyśmy się po zatłoczonym centrum, ale na szczęście, to ona pchała wózek z chłopcami... (Kiedy usiłowałam jej go odebrać zaczęła krzyczeć "Don't touch my children!". Uwielbiam brytyjskie poczucie humoru).

W końcu dotarłyśmy do jej znajomych, którzy prowadzą we własnym domu wegański salon fryzjerski - używają wyłącznie produktów nie zawierających składników pochodzenia zwierzęcego ani testowanych na zwierzętach. Oprócz rozjaśniania, dwukrotnego farbowania i strzyżenia wypiłam również mnóstwo wegańskiej czekolady i objadłam się takimiż domowej roboty ciastkami. Mój małżonek dołączył do nas po pracy i również się załapał - nie na czekoladę wprawdzie, ale na strzyżenie oraz pielęgnację dredów.

W sumie spędziliśmy tam siedem godzin, w czasie których chłopcy byli zadziwiająco grzeczni. Na koniec gospodarze wraz z psem odprowadzili nas na stację. Wróciliśmy do domu o północy - w takich chwilach doceniam, że firma mojego ukochanego zaczyna pracę o 9. rano