piątek, 13 listopada 2009

soyons zen

Kolejny długi dzień się kończy. A ja, o dziwo, jestem z siebie zadowolona. Dziś po raz pierwszy odbyłam samodzielną wyprawę z chłopcami do Barcelony. Już wcześniej tam z nimi jeździłam, ale zawsze wracałam z mężem. Co prawda na miejscu spotkałam się z koleżanką, która pomagała mi w zakupach, pchaniu wózka i w ogóle okiełznaniu wycieczki (raz tylko przeżyła chwilę załamania, kiedy chłopcy nie chcieli usiąść w wózku i zaczęła tłumaczyć przechodniom, że to nie jej dzieci i dlatego tak się zachowują). W każdym razie czuję się coraz mniej uziemiona i coraz bardziej samodzielna. Po prawdzie prawie wszystko da się z bobasami zrobić - razem (cokolwiek to "razem" miałoby to oznaczać) robimy codzienne i hipermarketowe zakupy, sprzątamy mieszkanie, gotujemy, wyrzucamy śmieci (oczywiście uprzednio je segregując), nastawiamy i wieszamy pranie, ładujemy i rozładowujemy zmywarkę, wykonujemy drobne naprawy domowe i spotykamy się ze znajomymi, ba, ostatnio nawet byliśmy razem u fryzjera.

To mój sposób na poradzenie sobie z kryzysem macierzyństwa, który boleśnie odczułam po przeprowadzce do Hiszpanii. Czułam się totalnie uziemiona i odizolowana od wszystkich i wszystkiego. Moim pierwszym odruchem było zamknięcie się w sobie i w domu oraz unikanie wszelkich trudnych sytuacji, takich jak pchanie wózka lub jazda samochodem po stromych i wąskich uliczkach, przedzieranie się z wózkiem po nieprzystosowanych do tego sklepowych alejkach, parkowanie w wąskich podziemnych i naziemnych garażach i parkingach, jazda metrem bądź pociągiem (nas wózek prawie nigdy nie mieści się do windy), puszczanie bobasów luzem na otwartej przestrzeni, spotkania towarzyskie w asyście rozmarudzonej progenitury i długo jeszcze można by wymieniać...Dzięki takiej polityce stworzyłam błędne koło - izolowałam się, więc czułam się coraz bardziej wyizolowana, nie wychodziłam, więc czułam się coraz bardziej uziemiona i nieszczęśliwa.

Dobrze, że mając 19 lat przez trzy miesiące pracowałam jako au pair u pewnej francuskiej rodziny. Moja pracodawczyni, która miała wówczas zaledwie 28 lat, miała również 4 dzieci w wieku od 5 miesięcy do 8 lat i cały dom na swojej głowie. W dni robocze rola jej męża ograniczała się z konieczności głównie do zarabiania pieniędzy. Ta kobieta już wtedy została moją idolką - radziła sobie z tym wszystkim z uśmiechem na ustach. Przypomniałam sobie nasze cotygodniowe wyprawy do supermarketu - robiłyśmy zakupy w asyście trójki młodszych dzieci (jej najstarszy syn był w szkole). Każda z nas wiozła w koszyku jedno dziecko, a najmłodszy siedział w nosidle. I to były naprawdę fajne wyprawy. I choć w domu moich pracodawców panował straszny bałagan, a posiłki składały się głównie z mrożonek odgrzewanych w mikrofalówce, była to bardzo szczęśliwa rodzina.

Ta i inne refleksje, na przykład słowa mojego mistrza zen, które powinnam chyba sobie wytatuować w widocznym miejscu "trzeba robić z tym, co mamy", doprowadziły mnie do chwili obecnej. Do chwili większego luzu. W naszym domu rzadko jest tak czysto, jakbym chciała. Coraz częściej wychodzę z bobasami bez wózka. A na spacerach pozwalam im tarzać się po ziemi. Angażuję ich do domowych zajęć. I coraz częściej spotykam się ze znajomymi. A kiedy mam po temu okazję staram się wychodzić, choćby na chwilkę, tylko z jednym bobasem i wtedy czuję się... jakbym w ogóle nie miała ze sobą dziecka. Ciekawe, czy mamy czworaczków czują się tak wychodząc z dwójką pociech?

4 komentarze:

agniechaw pisze...

mam pytanie dotyczy pogody jade do barcelony po 20 listopada i nie wiem co zapakowac....kurtke, plaszcz? cienkie kozaki ?

dkf pisze...

od 2 dni jest b ciepło i dużo słońca - w dzień można chodzić nawet w krótkim rękawku :D. ale po zmroku jest chłodno wg mnie to pogoda a la polska złota jesień :)

Anonimowy pisze...

Witam, nawet nie wiesz jak ci zazdroszcze i jestem pelna podziwutego ze odnalazlas sie na obczyznie, ze zyskalas radosc , spokoj i ze jestes juz szczesliwa.Ja niestety po 4 latach bycie na obczyznie nadal tego nie potrafie, czuje sie tu wyalienowana i dosc czesto mi smutno.
Trzymam kciuki i z niecierpliwoscia czekam na dalsze notki-sa jak promyczki, lubie je czytac

bodimama pisze...

dobrze czytac że sie aklimatyzujesz, zastanawiałam się często co u Ciebie słychac ale dopiero ostatnio łapię chwilki na net :)
u mnie w Winchesterze też złota polska jesień króluje :)