środa, 4 listopada 2009

stay up late

Moje życie w Katalonii zaczyna nabierać rumieńców. Miło i kolorowo jest już nie tylko w weekendy. Odbieram coraz więcej telefonów i e-maili od nowych znajomych. Przełamałam swój językowy impas i mimo, iż nadal nie rozpoczęłam formalnie nauki, klecę nieporadne zdania po kastylijsku posiłkując się kieszonkowym słownikiem i odmianą czasowników hiszpańskich. Kataloński nadal pozostaje terra incognita, bo, choć rozumiem wiele widząc tekst, w żaden sposób nie mogę dopasować go do dźwięków, które wydają autochtoni.

Wczorajszy dzień należał do naprawdę udanych. Koło południa poszłam na spacer z chłopcami (uwaga, bez wózka - sic!) i było tak ciepło, że dało się chodzić jedynie w krótkim rękawku. Wracając zrobiliśmy małe zakupy.

Po lunchu, Igorek przysnął na kanapie, a ja, niezrażona tym faktem, udałam się do łazienki, by naszykować się do wyjścia. Kiedy wróciłam, zastałam oba bobasy wtulone w siebie i śpiące na kanapie. W związku z czym nie pozostało mi nic innego, jak dać im pospać i zrezygnować z zaplanowanych zakupów w Barcelonie. Obudziłam chłopców po około 3 kwadransach, mówiąc, że musimy iść do pociągu.

Wjechaliśmy na peron w ostatniej chwili. W drodze do stolicy Katalonii bobasy zdążyły skonsumować 2 banany i 2 sojowe jogurty. Po czym, Igorek zrobił kupkę i rozpłakał się tak głośno, że musiałam przewinąć go w przedziale (w naszych podmiejskich pociągach nie ma toalet). Na plaza Catalunya wpadliśmy spóźnieni równo o 5 minut - tak jak przyjaciółka, z którą byliśmy umówieni.

Około pół godziny błąkałyśmy się po zatłoczonym centrum, ale na szczęście, to ona pchała wózek z chłopcami... (Kiedy usiłowałam jej go odebrać zaczęła krzyczeć "Don't touch my children!". Uwielbiam brytyjskie poczucie humoru).

W końcu dotarłyśmy do jej znajomych, którzy prowadzą we własnym domu wegański salon fryzjerski - używają wyłącznie produktów nie zawierających składników pochodzenia zwierzęcego ani testowanych na zwierzętach. Oprócz rozjaśniania, dwukrotnego farbowania i strzyżenia wypiłam również mnóstwo wegańskiej czekolady i objadłam się takimiż domowej roboty ciastkami. Mój małżonek dołączył do nas po pracy i również się załapał - nie na czekoladę wprawdzie, ale na strzyżenie oraz pielęgnację dredów.

W sumie spędziliśmy tam siedem godzin, w czasie których chłopcy byli zadziwiająco grzeczni. Na koniec gospodarze wraz z psem odprowadzili nas na stację. Wróciliśmy do domu o północy - w takich chwilach doceniam, że firma mojego ukochanego zaczyna pracę o 9. rano

3 komentarze:

openid pisze...

Jaka firma jakiego ukochanego? ;)

Pytam, bo ja zaczynam pracę między 10 a 11 :P

dkf pisze...

sorry, miała być 10 lol

Anonimowy pisze...

jak cudownie, juz *czuje* pozytywne akcenty, trzymaj tak dalej
mT