sobota, 19 grudnia 2009

we're on the road to nowhere

No i stało się... Po konsultacji z 3 lekarzami zaczęłam brać antydepresant. Całe życie broniłam się przed psychotropami, ale teraz całe życie mnie przerosło. Oczywiście dostałam lek najnowszej generacji, bezpieczny, skuteczny itp. Powinien zacząć działać po 2 - 3 tygodniach. Zobaczymy... Mam nadzieję, że nie stanę się przez to szczęśliwą kurą domową podającą codziennie z uśmiechem obiad z trzech dań i łykającą garściami antydepresanty oraz valium. Mam nadzieję, że znajdę w sobie siłę, by wyjść z roli kury domowej (obecnie nieszczęśliwej) i przeorganizować swoje życie. Bo czekanie na zmiany, aż się przeprowadzimy, aż chłopcy pójdą do przedszkola, aż będziemy mieć więcej pieniędzy daleko nas nie zaprowadzi...

Oczywiście wolałabym terapię, ale tutejsza służba zdrowia jest w stanie zapewnić mi ją jedynie po katalońsku, w najlepszym wypadku po hiszpańsku. Terapia po angielsku jest oczywiście dostępna prywatnie za jedyne 100 euro za godzinę.

Wstyd mi, bo wiem, że ludzie mają prawdziwe problemy - nie to co ja... Ale pocieszające jest to, że wszyscy moi konsultanci powiedzieli, że mam prawo tak na swoją sytuację reagować. Zresztą co mieli powiedzieć? Przecież to ich zawodowy obowiązek. Naprawdę dobrą stroną stroną tej sytuacji jest to, że otworzyłam się przed ludźmi. Przez ostatnie parę lat chętnie słuchałam o problemach innych, natomiast sama zwierzałam się bardzo rzadko. A teraz, kiedy zaczęłam "wywalać bebechy" okazało się, że dookoła jest mnóstwo przyjaznych, współczujących i ciepłych ludzi, którzy bezinteresownie chcą mi pomóc, choć większości z nich nigdy nie widziałam na oczy. Internet is for help.

Dziś na święta przyleciała moja córka. Niestety przeziębiona i przemęczona, więc prawie w ogóle nie miałyśmy okazji pogadać. Ale jeszcze to nadrobimy. Bobasy bez problemu poznały po 4 miesiącach niewidzenia. I cieszę się, bo widziałam, że zarówno w nich jak i w niej to spotkanie wywołało wielkie emocje.

niedziela, 6 grudnia 2009

to co czujesz, to co wiesz

Dzisiejszy odcinek będzie poświęcony globalizacji. Szczerze mówiąc, dziękuję wszystkim Buddhom, że żyję w epoce globalnej wioski. Dzięki niej bobasy mogą oglądać bajki, które znają z Polski (po hiszpańsku lub po angielsku), ja mogę robić zakupy w tutejszych supermarketach (czasem nawet trafia się produkt opisany po polsku - wiem, że to głupie, ale cieszę się z tego), a poza tym globalizacja/Internet pozwala nam utrzymywać kontakty ze znajomymi i rodziną, oglądać te same filmy, słuchać tej samej muzyki i komentować te same wydarzenia...

Cieszę się, że mieszkam tylko 3 tysiące km od mojej ojczyzny i na dodatek w tej samej strefie czasowej. Ostatnio rozmawiałam na tarasie przez Skype'a oczywiście z moją ulubioną siostrą cioteczną i opowiadałyśmy sobie jak wygląda księżyc, który widzimy i konkluzja mojej kuzynki była taka "czyli to jest ten sam księżyc".

Za dwa tygodnie moja córka przylatuje do nas na święta, z czego niezmiernie się cieszę, bo strasznie się już za nią stęskniłam.

Bobasy; które dziś zdążyły rozsmarować pudełko margaryny po stole, tapicerowanym krześle i podłodze oraz rozkruszyć bochenek chleba po całej kuchni; są poza tym mega słodziakami i przytulają się do mnie przy każdej okazji. Oczywiście nie oznacza to, że nie bawią się zakazanymi roletami, kasetami VHS i płytami CD oraz, że nie nastawiają pustej zmywarki i pralki...

Wiele osób pytało mnie ostatnio, co robimy w święta i gdzie je spędzamy. Z braku lepszych pomysłów (kto chciałby przygarnąć na kilka dni czteroosobową rodzinę?) spędzamy je w naszym domu w Terrassie... I wszystko wskazuje na to, że nie będzie ani uszek, ani barszczu, ani kutii, za to będzie gazpacho, guacamole i może tacos... Zresztą moim marzeniem zawsze były święta spędzone po australijsku - na plaży...

Ludzie mówią mi, że bardzo szybko się tutaj zaaklimatyzowałam... Nie wiem, czy to kwestia aklimatyzacji, często wydaje mi się, że to raczej kwestia braku korzeni... Od kiedy pamiętam byłam outsiderem... i nadal nim jestem, a czy to będzie na Mazowszu, czy w Katalonii... Choć muszę przyznać, że ostatnio bardzo doceniłam uroki mieszkania w Terrassie - widok z naszego tarasu na czwartym piętrze naprawdę zapiera dech w piersiach - w pobliżu nie ma równie wysokich budynków i dosłownie codziennie podziwiam z chłopcami przepiękne zachody słońca.