niedziela, 6 grudnia 2009

to co czujesz, to co wiesz

Dzisiejszy odcinek będzie poświęcony globalizacji. Szczerze mówiąc, dziękuję wszystkim Buddhom, że żyję w epoce globalnej wioski. Dzięki niej bobasy mogą oglądać bajki, które znają z Polski (po hiszpańsku lub po angielsku), ja mogę robić zakupy w tutejszych supermarketach (czasem nawet trafia się produkt opisany po polsku - wiem, że to głupie, ale cieszę się z tego), a poza tym globalizacja/Internet pozwala nam utrzymywać kontakty ze znajomymi i rodziną, oglądać te same filmy, słuchać tej samej muzyki i komentować te same wydarzenia...

Cieszę się, że mieszkam tylko 3 tysiące km od mojej ojczyzny i na dodatek w tej samej strefie czasowej. Ostatnio rozmawiałam na tarasie przez Skype'a oczywiście z moją ulubioną siostrą cioteczną i opowiadałyśmy sobie jak wygląda księżyc, który widzimy i konkluzja mojej kuzynki była taka "czyli to jest ten sam księżyc".

Za dwa tygodnie moja córka przylatuje do nas na święta, z czego niezmiernie się cieszę, bo strasznie się już za nią stęskniłam.

Bobasy; które dziś zdążyły rozsmarować pudełko margaryny po stole, tapicerowanym krześle i podłodze oraz rozkruszyć bochenek chleba po całej kuchni; są poza tym mega słodziakami i przytulają się do mnie przy każdej okazji. Oczywiście nie oznacza to, że nie bawią się zakazanymi roletami, kasetami VHS i płytami CD oraz, że nie nastawiają pustej zmywarki i pralki...

Wiele osób pytało mnie ostatnio, co robimy w święta i gdzie je spędzamy. Z braku lepszych pomysłów (kto chciałby przygarnąć na kilka dni czteroosobową rodzinę?) spędzamy je w naszym domu w Terrassie... I wszystko wskazuje na to, że nie będzie ani uszek, ani barszczu, ani kutii, za to będzie gazpacho, guacamole i może tacos... Zresztą moim marzeniem zawsze były święta spędzone po australijsku - na plaży...

Ludzie mówią mi, że bardzo szybko się tutaj zaaklimatyzowałam... Nie wiem, czy to kwestia aklimatyzacji, często wydaje mi się, że to raczej kwestia braku korzeni... Od kiedy pamiętam byłam outsiderem... i nadal nim jestem, a czy to będzie na Mazowszu, czy w Katalonii... Choć muszę przyznać, że ostatnio bardzo doceniłam uroki mieszkania w Terrassie - widok z naszego tarasu na czwartym piętrze naprawdę zapiera dech w piersiach - w pobliżu nie ma równie wysokich budynków i dosłownie codziennie podziwiam z chłopcami przepiękne zachody słońca.

Brak komentarzy: