wtorek, 21 września 2010

gotta go home

Dziś miałam dzień pod tytułem "Spierdolę wszystko, czego się dotknę". Popełniłam między innymi bardzo zdrową, acz kompletnie niejadalną zupę z piaskiem z glonów oraz guacamole z zepsutego awokado.

O w pół do ósmej wieczór mieliśmy oglądać kolejne mieszkanie do wynajęcia (tak, tak, nadal mieszkamy w Terrassie). Akurat wtedy, kiedy powiedziałam o tym chłopcom i byliśmy ubrani (a ja nawet umalowana) do wyjścia, zadzwonił pośrednik mówiąc, że to mieszkanie jest tylko dla studentów. Najpierw wkurwiłam się niemiłosierne, ale kiedy okazało się, że wszystkie 3 sypialnie w tym mieszkaniu są bez okna (sic!), bo takowe ma je jedynie salon; w sumie ucieszyłam się, że był łaskaw mnie o tym uprzedzić. Niestety tutaj takie kwiatki jak pokój bez okna czy mieszkanie na 6. p. bez windy (sic!) zdarzają się nagminnie. Na szczęście jutro oglądamy kolejne mieszkanie, a pojutrze - kolejne dwa. Dobrą stroną poszukiwania mieszkania do wynajęcia w Barcelonie jest to, że cały czas uczę się języka - stykam się z najrozmaitszymi akcentami oraz trenuję rozmowy telefoniczne oraz literowanie: adresów, nazwisk i liczebników.

Dziś chłopcy byli tak rozczarowani, że nie jedziemy do Barcelony, że odmówili spaceru po Terrassie (szczerze mówiąc, rozumiem to, bo ileż można?). A kiedy, z braku lepszych pomysłów, zaproponowałam im wyprawę do Carrefoura oddalonego od nas o 5,5 km, bo i tak musieliśmy zrobić zakupy; skakali z radości. Zakupy zrobiliśmy niewielkie - za 25 euro, ale kiedy zobaczyłam zdalnie sterowane, duże autka po 10 euro za sztukę, sama im je pokazałam. Olafek od razu załapał, o co chodzi, Igorka przekonał dopiero widok pilota. Kiedy wróciliśmy do domu, szaleli z autkami do jedenastej w nocy (sic!). Jestem przekonana, że nie zauważyliby nawet wybuchu wulkanu. Olafek zrobił sobie przerwę na kolację, ale Igorka musiałam karmić w biegu i oczywiście obaj zasnęli przytulając nowe pojazdy.

środa, 25 sierpnia 2010

home is where I want to be

Nadal nie wiem, gdzie ja i chłopcy będziemy mieszkać od września. Nadal zajmujemy luksusowe i drogie mieszkanie w Terrassie. Umowę najmu już wypowiedzieliśmy i teoretycznie powinniśmy się stąd wyprowadzić 31. sierpnia, co jest całkowicie nierealne - zwłaszcza, że to już dziś! O dziwo, specjalnie się tym nie przejmuję - mam nadzieję, że na właścicielu mieszkania tydzień bądź miesiąc wynajmu dłużej nie zrobi wrażenia, podobnie jak to, że od 6 tygodni (sic!) nie mamy ciepłej wody. Zresztą Terrassa jest pełna mieszkań do wynajęcia - z powodu kryzysu całe nowo wybudowane bloki stoją puste.

Dla ułatwienia dodam, że na początku jeszcze o tę wodę walczyliśmy - zgłosiliśmy awarię bojlera właścicielowi, który po tygodniu stwierdził, że on nic nie może zrobić, ale skontaktuje się z agencją, przez którą wynajmujemy mieszkanie i oni temu zaradzą. Po 2 tygodniach zostałam poinformowana, że pojawi się fachowiec. Pojawił się i po ponad godzinie grzebania w nieszczęsnym bojlerze stwierdził, że trzeba wymienić w nim jakieś części. Ponieważ działo się to w piątek przed sjestą, obiecał, że wróci z tymi częściami po południu. Wyszedł zostawiając w kuchni rozkręcony bojler i mnóstwo czarnego pyłu na podłodze i... tyle go widziałam. Po południu zadzwonił do mnie jeszcze mówiąc, że nigdzie nie udało mu się tych części znaleźć, ale na pewno kupi je w następnym tygodniu i pojawi się u nas w poniedziałek lub wtorek. Kolejny fachowiec pojawił się równo tydzień po pierwszym - zobaczył rozkręcony bojler bez owych części i bardzo się zdziwił. Kiedy wyjaśniłam mu, co się stało, pokręcił głową z niedowierzaniem i stwierdził, że "w ogóle nie rozumie, jak można tak postąpić, zwłaszcza widząc, że w domu mieszka dwójka małych dzieci". Obiecał zamówić brakujące części przez Internet i pojawić się z nimi w następnym tygodniu. Oczywiście on również przepadł bez wieści... Myjemy się w zimnej wodzie - najczęściej na tarasie, kiedy jest gorąco.

środa, 11 sierpnia 2010

jest już późno, piszę bzdury

Jak w tytule. Ale, o dziwo, całkiem dobrze się z tym czuję. Siedzę na tarasie w Terrassie pod rozgwieżdżonym, sierpniowym niebem, słucham cykad i popijam czerwone wino. Mimo, iż niewiele się stało, wiele się zmieniło...

Nadal poszukuję mieszkania w Barcelonie. Oczywiście mam swoje kryteria i wymagania, ale pomimo to, stwierdzam, że tutejszy rynek nieruchomości to dżungla w porównaniu z warszawskim, który znam dość dobrze. Nie dość, że roi się na nim od oszustów wszelkiej maści, to jeszcze "normalni" agenci są rozpuszczeni do granic możliwości. Żeby nie być gołosłowną podam 2 przykłady. Pierwszy - w połowie lipca - około 2 tygodnie po wypełnieniu jednego z setek internetowych formularzy odbieram telefon z agencji wieczorową porą -pani pyta mnie, czy mogę obejrzeć interesujące mnie mieszkanie nazajutrz o 8:30, a kiedy pytam o inny termin, słyszę "wobec tego proszę zadzwonić do nas na początku września, bo zamykamy na wakacje". Drugi - oglądam piękne mieszkanie w świetnej okolicy, (którego namiar otrzymałam od kolejnej agencji nieruchomości po zapłaceniu 340 euro, co miało mi zagwarantować dostęp do jej bazy danych i nie ponoszenie dalszych kosztów przy zawieraniu umowy), pytam o warunki wynajmu i słyszę, że muszę zapłacić 2-miesięczny czynsz jako kaucję (za nieumeblowane mieszkanie), 1-miesięczny czynsz jako zapłatę dla konserwatora/administratora oraz 10% rocznego czynszu jako zapłatę dla kolejnej agencji nieruchomości, (która jak się okazuje, nie współpracuje z agencją, której zapłaciłam) - czyli, krótko mówiąc, żeby wprowadzić się do tego wspaniałego mieszkania, musiałabym zapłacić ponad 5-miesięczny czynsz (sic!), z czego 2/5 utraciłabym bezpowrotnie.

Nadal chodzę na terapię. która choć trudna i bolesna, daje namacalne i widoczne na co dzień skutki. Moja terapeutka jest niesamowitą osobą i świetnym fachowcem - kimś, kogo bezskutecznie szukałam w Polsce przez kilkanaście lat (sic!). Nie tylko jest klasycznie rogeriańska, ale również stosuje techniki, które znałam tylko z książek, takie jak praca z ciałem, głęboka sugestia, arteterapia i inne. Warto było przeżyć wszystkie trudności, które ostatnimi czasy stały się moim udziałem, żeby trafić na takiego człowieka i skorzystać z takiego rodzaju pomocy...

A tak w ogóle, to jutro jadę ze wszystkimi moimi dziećmi i moją przyjaciółką nad morze - czegóż można chcieć więcej?

niedziela, 18 lipca 2010

vamos a la playa

Jest już grubo po północy, a ja siedzę na tarasie z laptopem, słucham hiszpańskiego folku od sąsiadów, oglądam odległe błyskawice i obserwuję nietoperze.

W czwartek przyleciała moja kochana córka z przyjaciółką z klasy (bardzo sympatyczną zresztą). Obie dziewczyny uważają pomaganie mi w prowadzeniu domu i opiece nad bobasami za rzecz oczywistą, co bardzo mnie cieszy. Wczoraj spałam do 14 (sic!). Dziewczyny rano pomagają mi w domu, a popołudnie i wieczory spędzają na mieście. Niemniej jednak zdążyłyśmy już zaliczyć jeden wspólny, babski wieczór na tarasie i czułam się świetnie w roli dobrej, wyluzowanej mamy, której można wszystko powiedzieć.

Bobasy chorują - tzn. są przeziębione (Olafek jak zwykle bardziej). A wszystko przez klimatyzację w aucie... W ciągu 3 dni pokonaliśmy 1200 km, żeby odwiedzić znajomych i wrócić do domu. W te upały opcja podróży bez klimatyzacji nie wchodziła w grę, zwłaszcza, że parkuję auto na ulicy. Samotna podróż z bobasami autostradą okazała się być wyzwaniem. Jadąc tam zatrzymaliśmy się na piknik i było bardzo miło, jednak po jakimś czasie usłyszałam z tyłu dziwne bulgotanie - okazało się, że Igorek zwrócił większość piknikowego posiłku. Chcąc, nie chcąc, musiałam zjechać z autostrady pierwszym zjazdem, na skutek czego trafiliśmy do leniwego, uroczego, walońskiego miasteczka. W tamtejszej aptece musiałam sama przeszukać półki w poszukiwaniu odpowiedniego specyfiku, bo to co zaproponowała mi farmaceutka nie nadawało się dla dzieci. Kiedy znalazłam homeopatyczny lek przeciwwymiotny, stwierdziła, że "bardzo się cieszy". Ale kiedy spytałam ją gdzie jest woda, potrzebna do jego rozcieńczenia, usłyszałam "no, my mamy tu wodę, ale dla siebie, nie dla klientów" (sic!). Najważniejsze jednak, że lek zadziałał i resztę drogi odbyliśmy bez sensacji. W drodze powrotnej natomiast bobasy cierpiały na sensacje żołądkowe objawiające się rozwolnieniem - przypuszczam, że woda z basenu i z morza, którą wypiły, miała w tym swój udział.

Niemniej jednak bawiliśmy się świetnie w towarzystwie, do tej pory znanej jedynie z sieci, wege rodziny z dwójką dzieci - chłopcem dokładnie w wieku moich bobasów. Zaliczyliśmy 2 wyprawy na basen i jedną na plażę. Zjedliśmy mnóstwo pysznego, wegańskiego jedzenia, a na dodatek gospodarze zabawiali mnie wieczorami rozmową, a rano pozwalali mi się wysypiać przez 2 dni pod rząd (sic!), więc podładowałam baterie.

Poza tym udało mi się zapisać bobasy do super wypasionej, państwowej szkoły w Barcelonie. Powziąwszy (jak się potem okazało słuszne) podejrzenie, że wydział oświaty nie będzie zbyt przejmował się moimi preferencjami w wyborze szkół, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i zaczęłam dzwonić do czterech szkół, które wytypowałam. W pierwszej od razu usłyszałam, że nie ma miejsc i jest bardzo długa lista oczekujących, a podania takie jak moje mogą ewentualnie zostać rozpatrzone, po przyjęciu wszystkich oczekujących (sic!). Jednak w drugiej, ku mojemu zdumieniu, usłyszałam, że są miejsca dla trzylatków! W ciągu 2 dni udało mi się skompletować wszystkie potrzebne papiery i zdjęcia, z którymi w poniedziałek wyruszyliśmy do Barcelony. Kadra okazała się przemiła - nikt nie wydziwiał nawet, kiedy powiedziałam, że chłopcy nie jedzą żadnych pokarmów pochodzenia zwierzęcego, nadal używają pieluch i nie sypiają w dzień. Po załatwieniu formalności - obejmujących między innymi bardzo dokładny wywiad na temat ciąży, porodu i rozwoju bobasów (sic!), nauczycielka oprowadziła nas po całej placówce. I mówiąc szczerze, choć moja córka uczęszczała do jednego z najlepszych warszawskich przedszkoli, to co zobaczyłam i usłyszałam, wprawiło mnie w osłupienie. Szkoła ma duży dziedziniec wysypany piaskiem z drzewami oraz huśtawkami, zjeżdżalniami itp. Poza tym jest tam ogródek, w którym dzieci własnoręcznie sadzą i pielęgnują warzywa i zioła, które następnie zjadają (sic!). Oprócz sal/klas dwóch oddziałów P-3 (dla trzylatków) wyposażonych w nowoczesne pomoce naukowe, a nawet komputery; są tam również pracownie: plastyczna, fizyczna (dzieci przeprowadzają w niej rozmaite eksperymenty), przyrodnicza (hodują tam między innymi żółwie i kijanki, które następnie wypuszczają do jeziora) oraz bardzo imponująca sala gimnastyczna. Dodatkowo płatny jest autobus dowożący i odwożący dzieci oraz zajęcia pozalekcyjne obejmujące basen i muzykę... Bobasy, które wcześniej bardzo chciały jechać na plażę i poznać nowe dzieci, po zwiedzaniu szkoły były tak zdesperowane, żeby tam zostać, że musiałam wyciągać je stamtąd dosłownie na siłę (sic!).

poniedziałek, 5 lipca 2010

don't talk, just kiss

Im dłużej mieszkam w Katalonii, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że to moje miejsce na Ziemi... Powoli adoptujemy się do tutejszych zwyczajów i przestawiamy na tutejszy tryb życia, czyli "najpierw sjesta, a potem fiesta". Zresztą ostatnio całkiem dosłownie. W Terrassie właśnie trwa 5-dniowa "Festa Major", z której ostatnio wróciłam z bobasami o północy (sic!). Bawiliśmy się świetnie, choć taka fiesta, to skarbonka dla rodziców - 2 świecące pistolety na bańki mydlane - 10 euro, 2 przejazdy bobasową karuzelą-rollercoasterem - 6 euro, ale warto było. Jutro znów tam idziemy! Bobasy ciągle wspominają "auto-góra-macha-mama".

Jeden dzień spędziliśmy nad morzem w przepięknym, nowoczesnym mieście Salou. Nie dość, że mają tam plażę ze złotym (sic!) piaskiem; a w morzu pływają małe, świecące na zielono rybki; całe miasto pełne jest egzotycznych kwiatów i drzew (głównie palm i magnolii); to jeszcze jest tam ogromny park, w którym rośnie mnóstwo lawendy i zające biegają po trawie. Opis mieszkania w komunalnym bloku z 2 tarasami (sic!) już sobie daruję.

A w Terrassie ludzie właśnie wracają z fiesty. Przed chwilą zeszłam na dół pogodzić kłócącą się pod moim tarasem parę i kiedy obejrzałam się na nich otwierając drzwi do domu - całowali się!

czwartek, 1 lipca 2010

I'm still alive

(and kicking)

Ponieważ nie wiem jak miałabym opisać co się działo od czasu mojego ostatniego posta, napiszę tylko, że po kolejnym załamaniu wracam do żywych, ale jak mówi Philip Kapleau, mistrz zen „Nie ważne ile razy upadniesz, ważne ile razy się podniesiesz". I samo to, że tu piszę na to wskazuje.

Wczoraj chłopcy obudzili mnie późno - o wpół do dziesiątej. Zjedliśmy długie, leniwe śniadanie - jogurty sojowe i kanapki - domowy, razowy chleb na zakwasie i wegański ser. Potem spędziliśmy kilka godzin na tarasie polewając się wodą ze szlauchu i prysznica i chlupiąc się w basenie. Następnie Igorek udał się na sjestę, a Olafek eksperymentował ze mną w kuchni. Czy mówiłam już, że chłopcy uwielbiają gotować? A najbardziej ze wszystkiego podoba im się oczywiście obsługa maszyn kuchennych. Sami robią soki i wszelkie inne potrawy wymagające użycia malaksera. Zresztą nie gardzą też bardziej tradycyjnymi metodami - ciasto na chleb zawsze przyrządzamy razem - ja przygotowuję składniki, jeden bobas wsypuje je do miski, a drugi miesza. Wczoraj po raz pierwszy przyrządziliśmy zielone gazpacho na bazie sałaty i ogórków, a dziś - białe gazpacho "ajo blanco" na bazie migdałów - jest przepyszne. Zresztą już widzę całą gamę innych, możliwych gazpachos z owocowymi włącznie...

Potem poszliśmy na spacer. Ostatnio naszym ulubionym miejscem jest skwerek przy głównej ulicy Terrassy - szumnie nazwany "Parc dels Catalans" i składający się z kilku porośniętych trawą i nielicznymi drzewami oraz krzakami wzniesień. Ostatnio naszą ulubioną zabawą jest chodzenie i turlanie się po trawie na bosaka oraz oczywiście pikniki w cieniu drzew. I nie wiem czemu, ale są to rzeczy, których nigdy nie robiłam w Warszawie i pewnie dalej bym ich nie robiła, gdybym nie przeprowadziła się do Katalonii.

Pogoda jest przepiękna - 35 stopni w dzień i około 20. w nocy. Nadal nie mogę uwierzyć, że mieszkam w kraju, w którym używanie wachlarza jest czymś normalnym i bezpretensjonalnym. Gdyby w powszechnym użyciu znalazły się woalki i koronkowe rękawiczki, lista moich modowych fetyszy byłaby kompletna...

Właśnie napisałam do znajomej, że chyba nigdy do końca nie zrozumiem tutejszych zwyczajów i że zawsze będę się tu czuła outsiderem, ale wolę to, niż czuć się outsiderem w rodzinnym kraju (sic!). Zresztą i tak mam poczucie, że bardziej pasuję do Barcelony niż do Warszawy...

i na koniec... znów przepis - tym razem na gazpacho

Przepis

Zielone gazpacho

główka sałaty/młody szpinak
ogórek/zielona papryka
bułka (może być czerstwa)
wegańska kostka rosołowa
oliwa extra virgin
słodka cebula/szczypiorek/dymka/czosnek
sok z cytryny


Bułkę namoczyć w wywarze z kostki rosołowej. Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę i dolać tyle wody, żeby uzyskać pożądaną konsystencję. Można dodatkowo doprawić białym pieprzem, białym octem winnym i solą. Podawać mocno schłodzone.



Białe gazpacho (Ajo blanco)

obrane migdały (ok. 125 g)
ogórek
bułka (może być czerstwa)
wegańska kostka rosołowa
oliwa extra virgin
czosnek
sok z cytryny


Bułkę namoczyć w wywarze z kostki rosołowej. Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę i dolać tyle wody, żeby uzyskać pożądaną konsystencję. Można dodatkowo doprawić białym pieprzem, białym octem winnym i solą. Podawać mocno schłodzone.

Tradycyjnie gazpacho przybiera się migdałami i zielonymi winogronami.

wtorek, 18 maja 2010

każdy krok niesie pokój

Bardzo długo nie pisałam, bo nie miałam, kiedy i jak. Ostatnie półtora miesiąca spędziłam tłumacząc po nocach i zajmując się chłopcami w dzień. Efektem tego, nie otrzymałam do tej pory zapłaty za moją ciężką pracę, wpadłam ponownie w depresję i zaniedbałam życie rodzinne i dom. No i mam nauczkę - po pierwsze, wierzyć swojej intuicji; po drugie, nie porywać się z motyką na księżyc; po trzecie, nie pracować dla ludzi, których nie znam (nawet jeśli zostali mi poleceni) bez umowy. Mam nadzieję, że nauczę się na tym błędzie.

W międzyczasie mój ukochany zdążył wylecieć do pracy w Kopenhadze, a ja zdążyłam zaliczyć kilka dni maksymalnej depresji, pomimo, iż nadal jestem na "cudownych proszkach"... Przyjaciółki, które odwiedzały mnie w tym czasie, przyjmowałam w zasyfionym do granic możliwości mieszkaniu i w piżamie, bez względu na porę dnia. Na szczęście, jak zwykle, odezwał się mój instynkt samozachowawczy - zaczęłam ogarniać kwadrat i być tu i teraz. Codzienna medytacja a la Thich Nhat Hanh znów mnie uratowała - przywróciła właściwą perspektywę - nie przez intelekt, ale przez czysto zmysłowe odczuwanie samej siebie i świata dokoła. Zaczęłam sprzątać mieszkanie (nawet pakować zimowe ciuchy), piec chleb, gotować nowe potrawy i chodzić z bobasami na spacery. Nie da się ukryć, że jestem wielką hedonistką - uszczęśliwiają mnie proste, zmysłowe przyjemności - ład wokół, ciepło słońca, piękne otoczenie, jedzenie, dobry seks, dobrą muzykę, film itd.

Bobasy, które przed wyjazdem męża zachowywały się cudownie, znów pokazały rogi - wpadając w szał (Olafek) i nie śpiąc po nocach (Igorek). Ale mimo to, widzę ich ogólny rozwój i "uczłowieczenie". Kiedy wczoraj poszliśmy razem (bo jakże by inaczej?) do piekarni po 2 bagietki, chłopcy zaczęli walczyć o to, który zaniesie je do domu, rozstrzygnęłam spór prosząc o drugą torebkę i pakując je osobno tak, żeby każdy mógł nieść jedną. Byli z tego bardzo dumni, a Igorek (będący głosem ich obu) przez całą drogę powtarzał "mama nosi nie, Igor nosi tak, Olaf nosi tak". W ogóle muszę przyznać, że nic tak mi nie wyszło w życiu jak dzieci... Moja, coraz bardziej i zaskakująco dorosła, córka zapowiedziała, że przyjedzie pomieszkać ze mną i z bobasami przez ponad miesiąc wakacji, pomoże przy przeprowadzce itp.

A propos pomocnych ludzi, to jest ich zaskakująco dużo. Że nie wspomnę o mojej najlepszej, hiszpańskiej przyjaciółce Mai, która zgodziła się przełożyć wyjazd do rodziny, żeby pomóc mi w przeprowadzce. Nawet moja była uczennica z Terrassy, wysłała mi maila pod tytułem "So that you know (in case you didn't)" o tym, że zawsze mogę liczyć na jej pomoc - zresztą, między nami mówiąc, tego właśnie było mi trzeba.

Proszenie kogokolwiek (nawet najbliższych) o pomoc postrzegałam do tej pory jako przejaw słabości (o ileż łatwiej jest okazywać innym swoją wspaniałomyślność, ofiarując pomoc), ale powoli i to się zmienia. Uświadomiła mi to ostatnio banalna sytuacja w warzywniaku koło naszego domu. Przyszłam tam z chłopcami i mnóstwem zakupów. Na miejscu okazało się, że nie mam wystarczającej ilości gotówki, a sklep nie akceptuje kart płatniczych. Kiedy znajoma sprzedawczyni nie zareagowała na mój tekst "o kurcze, zapomniałam pójść do bankomatu!", ku mojemu własnemu zdziwieniu, spytałam ją, czy mogę zapłacić przy najbliższej okazji, wyjaśniając przy okazji moje połozenie (sic!). Cóż całe życie człowiek się uczy...

czwartek, 29 kwietnia 2010

zabierz mnie daleko stąd, kochanie; zabierz mnie daleko gdzieś - w nieznane

W Katalonii wreszcie nastała wiosna! W dzień jest około 30. stopni, ale bez prażącego słońca czy innych szaleństw. Wszystkie kwiaty wszędzie kwitną i wszystkie ptaki wszędzie śpiewają. Jest sezon na karczochy, słodki groszek, rzodkiewki, truskawki i melony. Wreszcie przestałam nosić rajstopy i skarpetki (przynajmniej we dnie) i wygrzebałam z dna szafy z letnie sukienki. Niedługo chyba przyjdzie mi spakować i schować zimowe ciuchy - chłopaków i moje, co w tak zwanym "kompaktowym" hiszpańskim mieszkaniu nie będzie łatwe. To znaczy spakować zawsze mogę - od biedy w worki na śmieci, ale nie mam gdzie schować...

Czuję się bardzo dziwnie i niepewnie... Mój ukochany wyprowadza się z Hiszpanii na pół roku za 10 dni (sic!). Szczerze mówiąc, nawet o tym nie myślę, staram się nie myśleć. Plan jest taki, że będzie do nas (chłopców i mnie) przylatywał na weekend co dwa tygodnie, w związku z czym, będę każdorazowo myślała tylko o dwutygodniowej rozłące. Inaczej chyba bym zwariowała... Zresztą i tak boję się, że oszaleję w tym katalońskim miasteczku, w którym znam słownie 3 (sic!) osoby, a i to niezbyt dobrze... (nie licząc oczywiście sprzedawców, kelnerów czy urzędników). Żeby było trudniej, właśnie zamknęli na półtora miesiąca jeden-jedyny supermarket blisko naszego domu. Tak więc będę musiała jeździć z chłopcami autem do Carrefoura. Pocztę koło nas też zamknęli, a raczej przenieśli...

Mam nadzieję przetrwać jakoś ten czas tutaj przed przeprowadzką do Barcelony - jeszcze tylko 3 miesiące!!! Choć z drugiej strony przeraża mnie perspektywa oglądania mieszkań do wynajęcia w towarzystwie bobasów. Pamiętam, jaka byłam zestresowana, kiedy niespełna rok temu, zostałam z nimi (i z moją dużą i pomocną córką) w Warszawie poszukując chętnych do wynajęcia mojego mieszkania, organizując przeprowadzkę i domykając wszystkie sprawy... Wtedy wydawało mi się to wielce trudne i stresujące. I myślałam, że to taka wielka zmiana w moim życiu... A teraz przyjdzie mi robić mniej więcej to samo w obcym kraju, którego języka jeszcze nawet dobrze nie opanowałam... Ale wierzę Nietzshemu, który twierdził, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Szczerze mówiąc najbardziej stresuje mnie nie tyle perspektywa szukania nowego mieszkania (w tej dziedzinie mam już spore doświadczenie), co perspektywa szukania przedszkola dla chłopców. Wprawdzie moja córka uczęszczała do trzech różnych placówek; ale po pierwsze to były polskie, a nie katalońskie przedszkola; a po drugie była wegetarianką uczuloną na mleko i cukier, a nie weganką.


Dobrą stroną tego wszystkiego jest, że będę miała szansę po raz kolejny udowodnić sobie i światu, jaka to jestem dzielna i zaradna - muszę to stale udowadniać, bo sama w to, niestety, nie wierzę. Poza tym może nauczę się wreszcie prosić o pomoc, bo sama chętnie ją ofiaruję i daję, ale z proszeniem o nią innych mam wielki problem... Może nie chcę być nikomu nic winna?

Na koniec, muszę jeszcze napisać, że moje bobasy zachowują się coraz cudniej - jestem z nich bardzo dumna i szczęśliwa, ale o tym - w następnym odcinku...

czwartek, 15 kwietnia 2010

sweet dreams are made of this, who am I to disagree?

Czy to moje życie coraz bardziej przyśpiesza? Czy po prostu jestem coraz starsza i za nim nie nadążam? W prima aprilis skończyłam 40. lat i bynajmniej nie był to żart... W związku z wkroczeniem w tak stateczny wiek obiecałam sobie, że będę się codziennie malować i w ogóle bardziej dbać o siebie. I oczywiście po tygodniu przestałam. No bo, jak może dbać o siebie kobieta, która przez 3 godziny myje swój samochód na ulicy posługując się baniakiem z wodą, płynem do mycia naczyń (żeby ekologicznie było), gąbką na kiju do mycia szyb i paznokciami?

Ale, żeby nie było, zrobiłam sporo w tym kierunku. Nabyłam drogą kupna 4 sztuki kosmetyków do makijażu w H&M, a także zorganizowałam sobie super liftingujący krem i 3 fajne ciuchy z Allegro, które to moja mama dostarczyła będąc u nas z wizytą. Przyleciała na tydzień - dzień po moich urodzinach. I tak, jak obiecała, większość czasu spędziła z bobasami. Myślę, że wszystkim to było bardzo potrzebne. Mama przypomniała sobie wnuków, a wnukowie - babcię. A ja i mój ukochany mieliśmy pierwsze od dawien dawna okazje do wieczornych wyjść na miasto. Dzięki temu zobaczyliśmy, między innymi, "Awatara" w 3D, którego serdecznie polecam. Rodzicielkę oczywiście zachwyciła Barcelona. Bardzo się cieszę, że mogłam ją jej pokazać. Jedynym zgrzytem był ostatni dzień jej pobytu u nas. Optymistycznie założyłam, że dotarcie na lotnisko zajmie mi pół godziny i nie wzięłam pod uwagę gigantycznych, barcelońskich korków. Kosztowało mnie to sporo nerwów i bilet lotniczy do Polski.

Ale na tym nie koniec niespodzianek (sic!). Mój ukochany, który od kilku miesięcy szukał pracy, właśnie ją znalazł... w Kopenhadze. Wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli jakoś przeżyć najbliższe sześć miesięcy daleko od siebie - on w Kopenhadze, a ja w Barcelonie. A myślałam, że już zapłaciłam za realizację moich marzeń...

środa, 31 marca 2010

sypie się tłuczone szkło, jeszcze nie mam dość

Jest po czwartej rano... Przez ostatnie dwie godziny zajmowałam się, najwidoczniej cierpiącymi na bezsenność, bobasami. A tak naprawdę wróciłam z imprezy urodzinowej mojej angielskiej przyjaciółki o drugiej w nocy (spóźniłam się na ostatnie metro i musiałam czekać przez ponad godzinę na nocny autobus). Na kolacji było bardzo miło, choć momentami czułam się dość zagubiona w zalewie hiszpańskiego slangu... Lecz tak naprawdę największą radość sprawiło mi zadowolenie jubilatki z moich własnoręcznie wykonanych prezentów: chleba, który skrzętnie schowała przed gośćmi, oraz recyklingowych kolczyków, które natychmiast założyła.

Po powrocie z imprezy musiałam niestety wykonać jeszcze kilka rundek po okolicznych strefach darmowego parkowania, bo chociaż od wczoraj nie otrzymałam żadnego mandatu za niewłaściwe parkowanie, czułam się trochę niezręcznie stojąc niemalże na środku ronda (sic!).

Moje życie towarzyskie właśnie się rozkręca: dziś impreza urodzinowa, w czwartek - moje urodziny, jutro lub pojutrze popołudniowa wizyta przyjaciółki, w czwartek całonocna wizyta innej przyjaciółki i jej chłopaka, a w piątek - przylot mojej mamy do Barcelony!

Oczywiście to wszystko dzieje się właśnie wtedy, kiedy otrzymałam 100 stron pilnego tłumaczenia (przedtem nie miałam zleceń przez całe miesiące...).

W każdym razie jestem dziś bardzo z siebie dumna: trochę przetłumaczyłam, upiekłam dwa bochenki chleba i dużą porcję wegańskiego pasztetu, a także ugotowałam kapustę z grochem.

sobota, 27 marca 2010

chodź zobaczyć

Dziś zaczął się kolejny weekend... O, buddhowie, jak ten czas szybko leci... Zaczął się dobrze skądinąd - chleby, które piekłam wczoraj w nocy, okazały się pyszne. Pierwszy raz pozwoliłam sobie na eksperymenty - najlepiej wyszedł ten z rodzynkami, a drugi - z suszonymi pomidorami, oliwkami i bazylią też niczego sobie. Moje przyjaciółki, które dziś nimi poczęstowałam, były zachwycone.

Ponadto, tuż przed 40. urodzinami, zrobiłam sobie pierwszy w życiu tatuaż. Prosty, piękny i podobno... seksowny - kanji oznaczające "współczucie" na kręgosłupie. Bolało dużo mniej niż się spodziewałam i niż piercing, który sobie ostatnio reaktywowałam. Tak czy siak, dzięki mojej przyjaciółce znów mogę nosić kolczyki w uszach i w nosie (teflon uber alles) i mam na plecach śliczne, kruczoczarne japońskie znaki. I przy okazji nasłuchałam się, jak zwykle komplementów, jak to pięknie wyglądam i jakie piękne mam ciało.

Za tydzień przylatuje do nas na tydzień moja mama i jestem bardzo szczęśliwa i podekscytowana z powodu jej wizyty. I nie chodzi mi o to, że odpocznę od gotowania i zajmowania się dziećmi, choć to też się przyda... Przede wszystkim chodzi mi o to, że będę mogła pokazać jej miejsce, w którym żyję i w którym mam zamiar spędzić najbliższe lata i jeśli znam ją tak dobrze, jak mi się wydaje, ona potrafi to docenić... Na platanach, których tu pełno, ciągle wiszą na podobieństwo bombek suche, brązowe i kolczaste kulki. Bratki i narcyzy kwitną na rabatach. A słońce świeci i ogrzewa to wszystko... i jeszcze, wiecznie czynne, fontanny i tutejszą secesyjną oraz współczesną architekturę.

Jest tu pięknie i tak się właśnie czuję...

sobota, 20 marca 2010

wino, kobiety i śpiew

Już jutro pierwszy dzień wiosny i urodziny mojej kochanej córki. Szkoda, że w Warszawie śnieg. Mam nadzieję, że i tam wiosna wkrótce zawita...


W Katalonii od piątku jest powyżej dwudziestu stopni, wszystko kwitnie, a na drzewach wiszą cytryny i mandarynki (czy one owocują przez cały rok?).

Piątkowe przedpołudnie spędziłam w Barcelonie wdychając zapach morza. Popołudnie i wieczór natomiast w Terrassie z przyjaciółką - na jedzeniu, piciu wina, słuchaniu muzyki, spacerze i zabawach z bobasami, wymianie ciuchów i dodatków oraz, oczywiście, gadaniu.

Dziś mieliśmy w planach dalsze atrakcje, ale dzień zaczął się pechowo. Zostaliśmy zaproszeni na tradycyjną o tej porze roku calcotadę. Dom, w którym odbywała się impreza, leży tak daleko w górskim rezerwacie, iż nie posiada adresu. Znajomi podali nam jego współrzędne, ale jakoś bałam się do tego stopnia zaufać naszemu gpsowi, by kierować się tylko nimi. Kiedy chcieliśmy zobaczyć to miejsce na mapie, okazało się, że nie mamy prądu, a co za tym idzie, również internetu. Poprosiliśmy znajomych o jakieś inne wskazówki i udaliśmy się do auta. Sms przyszedł szybko, ale auta nie mogłam najpierw otworzyć, a potem odpalić. Już 2 raz w tym miesiącu (sic!) rozładował mi się akumulator. Poprzednim razem z powodu mrozu i śniegu. Ale wtedy miałam szczęście, bo po jakiejś pół godzinie zaczepiania kierowców trafiłam na takiego, który woził ze sobą kable. Tym razem akumulator rozładowali chłopcy, którzy ostatnio bawili się na przednich siedzeniach włączając światła, wycieraczki i muzykę. A ponieważ ostatnio prawie w ogóle nie jeżdżę, akumulator padł. Tym razem nie miałam już tyle szczęścia - pewnie dlatego, że działo się to w sobotę w porze sjesty. W końcu życzliwi ludzie skierowali mnie do jedynego w okolicy czynnego warsztatu. Po 2 próbach - pierwszej z prostownikiem, a drugiej z kablami, na szczęście udało się moją Toyotę reanimować.

Ruszyliśmy w drogę, ale wkrótce zauważyłam, że świeci się rezerwa. Pojechaliśmy więc na stację, a tam, kolejna niespodzianka - dwa dystrybutory odmówiły zatankowania naszego auta, twierdząc, że bak jest pełen. W końcu pomogła nam obsługa stacji. Po tych wszystkich przygodach, spóźnieni o 2 godziny wyjechaliśmy z Terrassy. Droga wiła się malowniczymi serpentynami wśród oplecionych pnączami drzew, by nieoczekiwanie przemienić się w wąski, kręty i wyboisty leśny dukt. Ale najważniejsze, że udało nam się w końcu dotrzeć na miejsce - naprawdę było warto!

Wiedziałam tylko, że zostaliśmy zaproszeni do tradycyjnego, wiejskiego, katalońskiego domu - tzw. "masia". Ale to, co zastaliśmy na miejscu przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia. Dość wysoko w górach, w otoczeniu lasów i z widokiem na skaliste szczyty, stał wielki, stary, kamienny dom - taki, jakie do tej pory widywałam jedynie w filmach o Toskanii czy Prowansji... Drewniane okiennice, kamienny zlewozmywak, koza w salonie i stare, drewniane meble, to tylko część jego uroku. Na dziedzińcu zebrało się kilkanaście osób - przyjaciół uroczej gospodyni. Wszyscy jedli, pili, śmiali się, tańczyli i rozmawiali. Z wegańskich pozycji w menu znalazły się oczywiście calcots - lokalna specjalność - odmiana długiej, młodej cebuli, pieczona na ruszcie na ognisku i serwowana z sosem romesco (składającym się głównie z czosnku, orzechów laskowych i oliwy). Poza tym były również ziemniaki i grzanki z ogniska, bakłażany i papryka z rusztu, oliwki, domowe gazpacho, guacamole z chipsami oraz mnóstwo wina i ziołowa nalewka gospodyni. A na deser - owoce, orzechy, gruszki pływające w gorzkiej czekoladzie i czekoladowo-owsiane ciasteczka. Ludzie przesympatyczni i dla odmiany chętni do rozmów z nami po angielsku. Nie muszę chyba dodawać, że całą czwórką świetnie się bawiliśmy. Pamiętam - zapierające dech w piersiach widoki, przemiłych ludzi, zapach ogniska i wilgotnego lasu, ale szczerze mówiąc, to miejsce było tak urokliwe, że do tej pory mam poczucie nierealności...

środa, 3 marca 2010

rock'n'roll nas bardzo lubi kochanie, my właśnie tak żyjemy!

To będzie dla odmiany kolejny, optymistyczny post. Każdą wolną chwilę spędzam w Barcelonie i powoli zaczynam myśleć o szukaniu tam mieszkania. Abstrahując od kwitnących mimoz, żonkili i drzew owocowych - czyli wiosny, po prostu czuję, że to jest moje miejsce na Ziemi...

Wielkimi krokami zbliżają się moje kolejne (niestety tym razem okrągłe) urodziny. Wielce pocieszające w tym wszystkim jest to, że po pierwsze moja mama przyjeżdża do nas na tydzień w dzień po moich urodzinach, a po drugie, dwie moje przyjaciółki zaproponowały,żebym zrobiła imprezę urodzinową u nich w domu. W związku z czym planuję zostawić mamę z bobasami i wraz z ukochanym wybyć na urodziny do Barcelony (obie mieszkają w centrum).

Poznaję coraz więcej ludzi, miejsc, zwyczajów, potraw i oczywiście słów. Przedwczoraj odbyłam pierwszą rozmowę kwalifikacyjną w szkole językowej - bez względu na jej wynik (którego jeszcze nie znam) bardzo podbudował mnie fakt, że przepytująca mnie osoba władała angielskim gorzej ode mnie, a moje konkurentki - native speakerkami - nie potrafiły zgadnąć skąd jestem.

Coraz więcej i coraz szybciej się dzieje, sypiam po 5 godzin na dobę, dużo gadam z ludźmi, piję dużo wina i oglądam dużo dobrych (głównie cyberpunkowych) filmów. Muszę chyba nabyć drogą kupna jakiś wegański suplement, bo taki tryb życia, choć bardzo przyjemny, jest jednak dość męczący...

poniedziałek, 15 lutego 2010

euforia trwa

Właśnie usiadłam - dosłownie i w przenośni - po pracowitym, ale jakże uroczym dniu. Po wypełnionym codziennymi obowiązkami poranku z bobasami, zabrałam ich do zaprzyjaźnionych, barcelońskich fryzjerów. Jak zwykle spędziliśmy tam przemiłe popołudnie i całą trójką wyszliśmy z nowymi fryzurami (ja oczywiście również ze świeżym, żarówiastym turkusem). Jak zwykle poznałam nowych, sympatycznych, wegan. Nasłuchałam się od znajomych komplementów i przed i po fryzjerze, a na koniec, już na stacji w Terrassie zaczepił mnie siwiuteńki staruszek - na oko 60-70 letni - mówiąc, że bardzo mu się podoba mój kolor włosów, bo taki piękny i oryginalny. A żeby było śmieszniej, to właśnie rozmawiałam z przyjaciółmi o tym jaki to rzadki kolor i kiedy tylko od nich wyszłam, wpadłam na dziewczynę z identycznym odcieniem na głowie (sic!). Gdyby nie to, że pchałam wózek pełny mokrych od deszczu i zmęczonych dzieci, zatrzymałabym się, żeby z nią pogadać. Zresztą i tak zaraz zatrzymałam się na stacji metra. Spotkałam tam znajomą, która jak się okazało, szła do moich przyjaciół specjalnie po to, by się ze mną zobaczyć.

Coraz częściej zdarza mi się spotkać kogoś znajomego na ulicy albo poznać kogoś, z kim mam wspólnych znajomych. Poznaję topografię miasta i nie gubię się już w samym centrum. Takie drobne wydarzenia niezmiernie mnie cieszą, bo świadczą o tym, że powoli oswajam ten nowy, wspaniały świat...

I choć nie wszystko w moim życiu jest tak jakbym chciała, przez większość czasu czuję się naprawdę szczęśliwa. I codziennie cieszę się, że tu przyjechałam. Oczywiście nadal biorę antydepresanty. Co ciekawe kilka osób, po których bym się tego nie spodziewała, podzieliło się ze mną doświadczeniami w tej materii. Przestałam traktować farmakoterapię jako zło konieczne i dostrzegłam w niej szansę na przebudowanie mojego życia. I śmiem twierdzić, że bardzo dobrze mi to wychodzi. Oczywiście, jak to w życiu, każdą zmianę trzeba zacząć od siebie...

niedziela, 31 stycznia 2010

you know, that what you eat, you are

I znów dawno o bobasach nie pisałam... A zmieniają się bardzo i oczywiście nabywają nowych umiejętności. Potrafią już chodzić na długie - kilkugodzinne spacery bez wózka. Potrafią siusiać na stojąco do sedesu nie używając przy tym rąk. Potrafią rozbierać się z butów, kurtek, czapek i szalików po powrocie ze spaceru. Igorek zna coraz więcej słów (czego niestety o Olafku powiedzieć nie mogę, bo dalej pozostaje on na etapie gestykulacji i onomatopei), a właściwie powtarza wszystkie zasłyszane słowa, po czym większość zachowuje w swoim repertuarze. Ubolewam, iż nadal nie konstruuje zdań, ale z drugiej strony, biorę poprawkę na to, iż ekspozycja na cztery (sic!) języki jednocześnie, nie jest wymarzoną sytuacją do nauki mówienia. Przecież sama, mimo, iż znam już kilka języków, mam problemy z nauką hiszpańskiego, bo jest on tu najczęściej wymieszany z katalońskim. Więc jestem dobrej myśli i czekam, aż bobasy pójdą do katalońskiego przedszkola - choć nie wiem, jak się wtedy dogadamy, bo ani mąż, ani ja nie uczymy się katalońskiego... Na razie Igorek mówi większość słów po polsku, trochę po hiszpańsku i katalońsku, a nazwy kolorów po angielsku. Oczywiście obaj chłopcy mówią również bardzo dużo w swoich prywatnych językach i w tym wypadku są to całe ciągi zdań z odpowiednią intonacją... Ba, potrafią się nawet poważnie pokłócić używając tych narzeczy.

Oczywiście wciąż poznają nowe smaki. Ostatnio przebojem są karczochy prosto z piekarnika. Każda wizyta z nimi w warzywniaku kończy się koszykiem pełnym warzyw i owoców - ciągle dokładają do niego nowe, niezbędne pyszności. Dobrze, że zielenina jest tutaj taka tania - ostatnio zapłaciłam 40 zł za ponad kilogram karczochów, pół kilo mandarynek, pół kilo pomarańczy, pełen pojemnik oliwek w zalewie czosnkowej, 4 kiwi, 2 ogromne awokado i ćwierć kilo truskawek (oczywiście wszystko było świeże i pachnące). Jednym słowem, raj dla wegan. Tutaj w każdym sklepie stoją plastikowe pojemniki z oliwkami w rozmaitych zalewach (to zamiast kiszonych ogórków i kapusty) i bobasy od razu pakują do nich swoje łapki. Kończy się to zwykle tym, że sprzedający wyciągają cedzak i częstują ich różnymi rodzajami oliwek (uważając, żeby nie podać im pikantnych), a następnie dają im na drogę mandarynki, banany, winogrona i inne takie - biedne, głodne dzieci...

poniedziałek, 25 stycznia 2010

j'ai tant besoin d’amour, tant besoin tout les jours

Sama nie mogę w to uwierzyć, ale w ciągu kilku moje życie zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Teraz, dla odmiany, mogę stwierdzić, że jestem bardzo, ale to bardzo szczęśliwa. I nie jest to bynajmniej zasługa leków, choć na pewno mają one swój udział w mojej euforii.

Wszystko zaczęło się od sms-a, którego wysłałam widzianej dosłownie dwa razy na oczy dziewczyny. Byłam na tyle zdesperowana, że napisałam, że chcę z nią porozmawiać o moich problemach. Prawdę mówiąc, już kilkakrotnie próbowałam nawiązać tu z kimś bliższy kontakt, ale moje wchodzenie na osobiste bądź trudne tematy nieodmiennie kończyło się wycofaniem rozmówcy. A ja nie lubię "small talk" ani powierzchownych znajomości...

Tym razem natychmiastowa i pozytywna reakcja była dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Spotkałyśmy się i gadałyśmy - dwie kobiety, z dwóch różnych półkul, w różnym wieku, na dodatek porozumiewające się łamaną przeze mnie hiszpańszczyzną - od dziewiątej wieczór do trzeciej nad ranem (sic!). Dopiero po tym wieczorze uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi tutaj przyjaciółki. Zresztą po prawdzie, nie wierzyłam, że w moim wieku można się jeszcze tak szybko i spontanicznie z kimś zaprzyjaźnić...

W tym samym czasie odbyliśmy kilka szczerych i wiele wnoszących rozmów z moim ukochanym, skutkiem czego w naszym związku na powrót zapanowała idylla.

Noc z soboty na dzielę ponownie przegadałam z moją nową przyjaciółką do trzeciej rano, kiedy to nasi partnerzy wrócili z koncertu, po czym we czwórkę imprezowaliśmy, przy Joy Division i Kalibrze 44, w naszym domu do szóstej rano (sic!). Ponieważ nasi przyjaciele mówią tylko i wyłącznie po hiszpańsku, oboje błyskawicznie uczymy się tego języka.

Na dodatek zgłosiła się do mnie pierwsza osoba zainteresowana lekcjami angielskiego i umówiłyśmy się na wtorek na pierwsze spotkanie. I nie dość, że mają to być konwersacje (czyli to, co lubię najbardziej), to jeszcze ustaliłyśmy całkiem przyzwoitą cenę, a lekcje będą się odbywać 5 minut od mojego domu, wieczorami, więc nie będę musiała dzielić się zyskiem z opiekunką.

Nawet bobasy jakby bardziej ostatnio zdyscyplinowane, a to pewnie dlatego, że połączyliśmy z mężem nasze wychowawcze wysiłki.

W świetle powyższych wydarzeń tym bardziej doceniam fakt, że mogę wyjść rano na taras w szlafroku...

środa, 6 stycznia 2010

I... I will begin again

Nasza chorobowa "passa" trwa. W Nowy Rok mój kochany mąż skręcił sobie nogę w kostce. I to bynajmniej nie z powodu imprezowych szaleństw, ale dlatego, że stanął na plastikowym kubeczku, który bobasy zostawiły na schodach. W związku z czym w tym tygodniu jest z nami w domu i pracuje zdalnie. Przyznam, że bardzo mi to życie ułatwia, bo nie dość, że więcej zajmuje się chłopcami, to jeszcze gotuje nam dobre rzeczy.

Wczoraj wieczorem, kiedy szłam ulicami Terrassy po raz kolejny poczułam się totalnie wyalienowana i dotarło do mnie, że nigdy do końca nie zrozumiem, ani tego miasta, ani jego mieszkańców. Mimo deszczu na ulicach były tłumy - głównie rodziny z dziećmi. Tylko dosłownie wszyscy szli w odwrotnym niż ja kierunku... Dzieci machały chorągiewkami z koroną, a ulice były zasłane pustymi i pełnymi papierkami od cukierków. Tak właśnie kończył się festyn z okazji święta Trzech Króli w centrum miasta, który zgromadził chyba wszystkich jego mieszkańców. Zresztą tutaj w Terrassie, albo jest całkiem pusto, albo na ulicach są tłumy. Zupełnie jakby autochtoni stanowili jeden, wspólny, żywy organizm. W kosmopolitycznej Barcelonie czuję się jednak dużo bardziej na miejscu...

Zresztą ogólnie czuję się lepiej, choć jestem bardzo zmęczona, bo nadal nie śpię po nocach. Buduję w sobie wiarę, że ten rok przyniesie pozytywne zmiany, które być może już się zaczęły...

Dziś była u nas potencjalna babysitterka. Gotycka, kulturalna i dobrze mówiąca po angielsku weganka. Spóźniła się tylko dziesięć minut, co jak na tutejsze standardy oznacza bycie przed czasem. Widać wprawdzie, że nie ma dużego doświadczenia, ale chłopcy - zwłaszcza Igorek - bardzo ją polubili. Doszło do tego, że pod koniec spotkania głaskał ją po ręce, a potem sam usiadł jej na kolanach (sic!). A na pożegnanie oba bobasy obdarowały ją obślinionymi buziakami. Oboje z mężem byliśmy w pozytywnym szoku. W przyszłym tygodniu zacznę wdrażać ją w obowiązki opiekunki i mam nadzieję, że chłopcy nie pokażą się jej od najgorszej strony, a przynajmniej nie od razu, bo mimo naszych ostrzeżeń, była nimi oczarowana...

W związku z powyższym zaczęłam szukać pracy w szczerze znienawidzonym, wyuczonym zawodzie nauczycielki angielskiego. Niestety bez dobrej znajomości przynajmniej jednego z tutejszych języków, nie mam raczej szans na inną, dobrze płatną pracę.

Znalazłam również nowego partnera do wymiany językowej i mam nadzieję, że okaże się on bardziej profesjonalny i dyspozycyjny, niż osoba, z którą spotykałam się poprzednio...

sobota, 2 stycznia 2010

so this is Christmas

Przez półtora tygodnia była u nas moja córka. I jak sama powiedziała "czułam się, jakbym tu po prostu tu mieszkała", co bardzo mnie ucieszyło. Przyrodni bracia poznali ją i zaakceptowali jej obecność w domu bez problemu - zresztą nadal o nią pytają.

Zmieniła się bardzo. Ledwo poznałam ją na lotnisku; mimo, że nie widziałyśmy się zaledwie 3 i pół miesiąca; bardzo wydoroślała! Obie sporo przeżyłyśmy od czasu naszego rozstania. Na szczęście ona jest nadal w wieku, w którym proces ten określa się mianem "dojrzewania"; ja niestety już tylko się starzeję...

Mimo chorób, które zaatakowały naszą rodzinę: Weronika przyleciała przeziębiona, potem zachorował mój mąż, potem bobasy (Igor z bardzo wysoką gorączką), a na końcu ja (zresztą nadal jestem chora); udało nam się trzykrotnie wybrać do Barcelony. Te wyprawy były bardzo udane - włóczyłyśmy się po mieście bez względu na pogodę i dużo rozmawiałyśmy. Muszę przyznać, że spodobała mi się rola "dobrego rodzica", który nie zagania na co dzień do odrabiania lekcji i sprzątania pokoju... Jej wyjazd oczywiście pogłębił moją depresję. Na szczęście jakimś cudem udało mi się nie płakać przy niej z tego powodu... Zresztą wiem, że jest jej lepiej z tatą w Warszawie.

Tegoroczne święta były najmniej świąteczne ze wszystkich, które pamiętam. Sylwestra, mimo, iż w dzień było piękne słońce i 20 stopni na plusie, spędziłam z tak wysoką gorączką w łóżku, że nawet północ przegapiłam...

Wszyscy przyjaciele życzyli mi, żeby rok 2010 był lepszy niż poprzedni i sama sobie szczerze tego życzę... i wszystkim moim przyjaciołom również.