sobota, 2 stycznia 2010

so this is Christmas

Przez półtora tygodnia była u nas moja córka. I jak sama powiedziała "czułam się, jakbym tu po prostu tu mieszkała", co bardzo mnie ucieszyło. Przyrodni bracia poznali ją i zaakceptowali jej obecność w domu bez problemu - zresztą nadal o nią pytają.

Zmieniła się bardzo. Ledwo poznałam ją na lotnisku; mimo, że nie widziałyśmy się zaledwie 3 i pół miesiąca; bardzo wydoroślała! Obie sporo przeżyłyśmy od czasu naszego rozstania. Na szczęście ona jest nadal w wieku, w którym proces ten określa się mianem "dojrzewania"; ja niestety już tylko się starzeję...

Mimo chorób, które zaatakowały naszą rodzinę: Weronika przyleciała przeziębiona, potem zachorował mój mąż, potem bobasy (Igor z bardzo wysoką gorączką), a na końcu ja (zresztą nadal jestem chora); udało nam się trzykrotnie wybrać do Barcelony. Te wyprawy były bardzo udane - włóczyłyśmy się po mieście bez względu na pogodę i dużo rozmawiałyśmy. Muszę przyznać, że spodobała mi się rola "dobrego rodzica", który nie zagania na co dzień do odrabiania lekcji i sprzątania pokoju... Jej wyjazd oczywiście pogłębił moją depresję. Na szczęście jakimś cudem udało mi się nie płakać przy niej z tego powodu... Zresztą wiem, że jest jej lepiej z tatą w Warszawie.

Tegoroczne święta były najmniej świąteczne ze wszystkich, które pamiętam. Sylwestra, mimo, iż w dzień było piękne słońce i 20 stopni na plusie, spędziłam z tak wysoką gorączką w łóżku, że nawet północ przegapiłam...

Wszyscy przyjaciele życzyli mi, żeby rok 2010 był lepszy niż poprzedni i sama sobie szczerze tego życzę... i wszystkim moim przyjaciołom również.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

droga autorko, czytam twojego bloga juz dosc dlugo, rowniez i tobie chcialam zlozyc wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, zycze ci duzo usmiechu i radosci, sily i wewn.*mocy*, zdrowka, pasji i milosci

dkf pisze...

dzięki wielkie i nawzajem :D