niedziela, 31 stycznia 2010

you know, that what you eat, you are

I znów dawno o bobasach nie pisałam... A zmieniają się bardzo i oczywiście nabywają nowych umiejętności. Potrafią już chodzić na długie - kilkugodzinne spacery bez wózka. Potrafią siusiać na stojąco do sedesu nie używając przy tym rąk. Potrafią rozbierać się z butów, kurtek, czapek i szalików po powrocie ze spaceru. Igorek zna coraz więcej słów (czego niestety o Olafku powiedzieć nie mogę, bo dalej pozostaje on na etapie gestykulacji i onomatopei), a właściwie powtarza wszystkie zasłyszane słowa, po czym większość zachowuje w swoim repertuarze. Ubolewam, iż nadal nie konstruuje zdań, ale z drugiej strony, biorę poprawkę na to, iż ekspozycja na cztery (sic!) języki jednocześnie, nie jest wymarzoną sytuacją do nauki mówienia. Przecież sama, mimo, iż znam już kilka języków, mam problemy z nauką hiszpańskiego, bo jest on tu najczęściej wymieszany z katalońskim. Więc jestem dobrej myśli i czekam, aż bobasy pójdą do katalońskiego przedszkola - choć nie wiem, jak się wtedy dogadamy, bo ani mąż, ani ja nie uczymy się katalońskiego... Na razie Igorek mówi większość słów po polsku, trochę po hiszpańsku i katalońsku, a nazwy kolorów po angielsku. Oczywiście obaj chłopcy mówią również bardzo dużo w swoich prywatnych językach i w tym wypadku są to całe ciągi zdań z odpowiednią intonacją... Ba, potrafią się nawet poważnie pokłócić używając tych narzeczy.

Oczywiście wciąż poznają nowe smaki. Ostatnio przebojem są karczochy prosto z piekarnika. Każda wizyta z nimi w warzywniaku kończy się koszykiem pełnym warzyw i owoców - ciągle dokładają do niego nowe, niezbędne pyszności. Dobrze, że zielenina jest tutaj taka tania - ostatnio zapłaciłam 40 zł za ponad kilogram karczochów, pół kilo mandarynek, pół kilo pomarańczy, pełen pojemnik oliwek w zalewie czosnkowej, 4 kiwi, 2 ogromne awokado i ćwierć kilo truskawek (oczywiście wszystko było świeże i pachnące). Jednym słowem, raj dla wegan. Tutaj w każdym sklepie stoją plastikowe pojemniki z oliwkami w rozmaitych zalewach (to zamiast kiszonych ogórków i kapusty) i bobasy od razu pakują do nich swoje łapki. Kończy się to zwykle tym, że sprzedający wyciągają cedzak i częstują ich różnymi rodzajami oliwek (uważając, żeby nie podać im pikantnych), a następnie dają im na drogę mandarynki, banany, winogrona i inne takie - biedne, głodne dzieci...

1 komentarz:

Mua pisze...

Cudnie Wam w tej Barcelonie:)
A oliwek i u nas, w Londynie nie brakuje i Klara potafi zjesc na poczekaniu po sloika bez zagryzki,hehe.