poniedziałek, 15 lutego 2010

euforia trwa

Właśnie usiadłam - dosłownie i w przenośni - po pracowitym, ale jakże uroczym dniu. Po wypełnionym codziennymi obowiązkami poranku z bobasami, zabrałam ich do zaprzyjaźnionych, barcelońskich fryzjerów. Jak zwykle spędziliśmy tam przemiłe popołudnie i całą trójką wyszliśmy z nowymi fryzurami (ja oczywiście również ze świeżym, żarówiastym turkusem). Jak zwykle poznałam nowych, sympatycznych, wegan. Nasłuchałam się od znajomych komplementów i przed i po fryzjerze, a na koniec, już na stacji w Terrassie zaczepił mnie siwiuteńki staruszek - na oko 60-70 letni - mówiąc, że bardzo mu się podoba mój kolor włosów, bo taki piękny i oryginalny. A żeby było śmieszniej, to właśnie rozmawiałam z przyjaciółmi o tym jaki to rzadki kolor i kiedy tylko od nich wyszłam, wpadłam na dziewczynę z identycznym odcieniem na głowie (sic!). Gdyby nie to, że pchałam wózek pełny mokrych od deszczu i zmęczonych dzieci, zatrzymałabym się, żeby z nią pogadać. Zresztą i tak zaraz zatrzymałam się na stacji metra. Spotkałam tam znajomą, która jak się okazało, szła do moich przyjaciół specjalnie po to, by się ze mną zobaczyć.

Coraz częściej zdarza mi się spotkać kogoś znajomego na ulicy albo poznać kogoś, z kim mam wspólnych znajomych. Poznaję topografię miasta i nie gubię się już w samym centrum. Takie drobne wydarzenia niezmiernie mnie cieszą, bo świadczą o tym, że powoli oswajam ten nowy, wspaniały świat...

I choć nie wszystko w moim życiu jest tak jakbym chciała, przez większość czasu czuję się naprawdę szczęśliwa. I codziennie cieszę się, że tu przyjechałam. Oczywiście nadal biorę antydepresanty. Co ciekawe kilka osób, po których bym się tego nie spodziewała, podzieliło się ze mną doświadczeniami w tej materii. Przestałam traktować farmakoterapię jako zło konieczne i dostrzegłam w niej szansę na przebudowanie mojego życia. I śmiem twierdzić, że bardzo dobrze mi to wychodzi. Oczywiście, jak to w życiu, każdą zmianę trzeba zacząć od siebie...