środa, 31 marca 2010

sypie się tłuczone szkło, jeszcze nie mam dość

Jest po czwartej rano... Przez ostatnie dwie godziny zajmowałam się, najwidoczniej cierpiącymi na bezsenność, bobasami. A tak naprawdę wróciłam z imprezy urodzinowej mojej angielskiej przyjaciółki o drugiej w nocy (spóźniłam się na ostatnie metro i musiałam czekać przez ponad godzinę na nocny autobus). Na kolacji było bardzo miło, choć momentami czułam się dość zagubiona w zalewie hiszpańskiego slangu... Lecz tak naprawdę największą radość sprawiło mi zadowolenie jubilatki z moich własnoręcznie wykonanych prezentów: chleba, który skrzętnie schowała przed gośćmi, oraz recyklingowych kolczyków, które natychmiast założyła.

Po powrocie z imprezy musiałam niestety wykonać jeszcze kilka rundek po okolicznych strefach darmowego parkowania, bo chociaż od wczoraj nie otrzymałam żadnego mandatu za niewłaściwe parkowanie, czułam się trochę niezręcznie stojąc niemalże na środku ronda (sic!).

Moje życie towarzyskie właśnie się rozkręca: dziś impreza urodzinowa, w czwartek - moje urodziny, jutro lub pojutrze popołudniowa wizyta przyjaciółki, w czwartek całonocna wizyta innej przyjaciółki i jej chłopaka, a w piątek - przylot mojej mamy do Barcelony!

Oczywiście to wszystko dzieje się właśnie wtedy, kiedy otrzymałam 100 stron pilnego tłumaczenia (przedtem nie miałam zleceń przez całe miesiące...).

W każdym razie jestem dziś bardzo z siebie dumna: trochę przetłumaczyłam, upiekłam dwa bochenki chleba i dużą porcję wegańskiego pasztetu, a także ugotowałam kapustę z grochem.

sobota, 27 marca 2010

chodź zobaczyć

Dziś zaczął się kolejny weekend... O, buddhowie, jak ten czas szybko leci... Zaczął się dobrze skądinąd - chleby, które piekłam wczoraj w nocy, okazały się pyszne. Pierwszy raz pozwoliłam sobie na eksperymenty - najlepiej wyszedł ten z rodzynkami, a drugi - z suszonymi pomidorami, oliwkami i bazylią też niczego sobie. Moje przyjaciółki, które dziś nimi poczęstowałam, były zachwycone.

Ponadto, tuż przed 40. urodzinami, zrobiłam sobie pierwszy w życiu tatuaż. Prosty, piękny i podobno... seksowny - kanji oznaczające "współczucie" na kręgosłupie. Bolało dużo mniej niż się spodziewałam i niż piercing, który sobie ostatnio reaktywowałam. Tak czy siak, dzięki mojej przyjaciółce znów mogę nosić kolczyki w uszach i w nosie (teflon uber alles) i mam na plecach śliczne, kruczoczarne japońskie znaki. I przy okazji nasłuchałam się, jak zwykle komplementów, jak to pięknie wyglądam i jakie piękne mam ciało.

Za tydzień przylatuje do nas na tydzień moja mama i jestem bardzo szczęśliwa i podekscytowana z powodu jej wizyty. I nie chodzi mi o to, że odpocznę od gotowania i zajmowania się dziećmi, choć to też się przyda... Przede wszystkim chodzi mi o to, że będę mogła pokazać jej miejsce, w którym żyję i w którym mam zamiar spędzić najbliższe lata i jeśli znam ją tak dobrze, jak mi się wydaje, ona potrafi to docenić... Na platanach, których tu pełno, ciągle wiszą na podobieństwo bombek suche, brązowe i kolczaste kulki. Bratki i narcyzy kwitną na rabatach. A słońce świeci i ogrzewa to wszystko... i jeszcze, wiecznie czynne, fontanny i tutejszą secesyjną oraz współczesną architekturę.

Jest tu pięknie i tak się właśnie czuję...

sobota, 20 marca 2010

wino, kobiety i śpiew

Już jutro pierwszy dzień wiosny i urodziny mojej kochanej córki. Szkoda, że w Warszawie śnieg. Mam nadzieję, że i tam wiosna wkrótce zawita...


W Katalonii od piątku jest powyżej dwudziestu stopni, wszystko kwitnie, a na drzewach wiszą cytryny i mandarynki (czy one owocują przez cały rok?).

Piątkowe przedpołudnie spędziłam w Barcelonie wdychając zapach morza. Popołudnie i wieczór natomiast w Terrassie z przyjaciółką - na jedzeniu, piciu wina, słuchaniu muzyki, spacerze i zabawach z bobasami, wymianie ciuchów i dodatków oraz, oczywiście, gadaniu.

Dziś mieliśmy w planach dalsze atrakcje, ale dzień zaczął się pechowo. Zostaliśmy zaproszeni na tradycyjną o tej porze roku calcotadę. Dom, w którym odbywała się impreza, leży tak daleko w górskim rezerwacie, iż nie posiada adresu. Znajomi podali nam jego współrzędne, ale jakoś bałam się do tego stopnia zaufać naszemu gpsowi, by kierować się tylko nimi. Kiedy chcieliśmy zobaczyć to miejsce na mapie, okazało się, że nie mamy prądu, a co za tym idzie, również internetu. Poprosiliśmy znajomych o jakieś inne wskazówki i udaliśmy się do auta. Sms przyszedł szybko, ale auta nie mogłam najpierw otworzyć, a potem odpalić. Już 2 raz w tym miesiącu (sic!) rozładował mi się akumulator. Poprzednim razem z powodu mrozu i śniegu. Ale wtedy miałam szczęście, bo po jakiejś pół godzinie zaczepiania kierowców trafiłam na takiego, który woził ze sobą kable. Tym razem akumulator rozładowali chłopcy, którzy ostatnio bawili się na przednich siedzeniach włączając światła, wycieraczki i muzykę. A ponieważ ostatnio prawie w ogóle nie jeżdżę, akumulator padł. Tym razem nie miałam już tyle szczęścia - pewnie dlatego, że działo się to w sobotę w porze sjesty. W końcu życzliwi ludzie skierowali mnie do jedynego w okolicy czynnego warsztatu. Po 2 próbach - pierwszej z prostownikiem, a drugiej z kablami, na szczęście udało się moją Toyotę reanimować.

Ruszyliśmy w drogę, ale wkrótce zauważyłam, że świeci się rezerwa. Pojechaliśmy więc na stację, a tam, kolejna niespodzianka - dwa dystrybutory odmówiły zatankowania naszego auta, twierdząc, że bak jest pełen. W końcu pomogła nam obsługa stacji. Po tych wszystkich przygodach, spóźnieni o 2 godziny wyjechaliśmy z Terrassy. Droga wiła się malowniczymi serpentynami wśród oplecionych pnączami drzew, by nieoczekiwanie przemienić się w wąski, kręty i wyboisty leśny dukt. Ale najważniejsze, że udało nam się w końcu dotrzeć na miejsce - naprawdę było warto!

Wiedziałam tylko, że zostaliśmy zaproszeni do tradycyjnego, wiejskiego, katalońskiego domu - tzw. "masia". Ale to, co zastaliśmy na miejscu przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia. Dość wysoko w górach, w otoczeniu lasów i z widokiem na skaliste szczyty, stał wielki, stary, kamienny dom - taki, jakie do tej pory widywałam jedynie w filmach o Toskanii czy Prowansji... Drewniane okiennice, kamienny zlewozmywak, koza w salonie i stare, drewniane meble, to tylko część jego uroku. Na dziedzińcu zebrało się kilkanaście osób - przyjaciół uroczej gospodyni. Wszyscy jedli, pili, śmiali się, tańczyli i rozmawiali. Z wegańskich pozycji w menu znalazły się oczywiście calcots - lokalna specjalność - odmiana długiej, młodej cebuli, pieczona na ruszcie na ognisku i serwowana z sosem romesco (składającym się głównie z czosnku, orzechów laskowych i oliwy). Poza tym były również ziemniaki i grzanki z ogniska, bakłażany i papryka z rusztu, oliwki, domowe gazpacho, guacamole z chipsami oraz mnóstwo wina i ziołowa nalewka gospodyni. A na deser - owoce, orzechy, gruszki pływające w gorzkiej czekoladzie i czekoladowo-owsiane ciasteczka. Ludzie przesympatyczni i dla odmiany chętni do rozmów z nami po angielsku. Nie muszę chyba dodawać, że całą czwórką świetnie się bawiliśmy. Pamiętam - zapierające dech w piersiach widoki, przemiłych ludzi, zapach ogniska i wilgotnego lasu, ale szczerze mówiąc, to miejsce było tak urokliwe, że do tej pory mam poczucie nierealności...

środa, 3 marca 2010

rock'n'roll nas bardzo lubi kochanie, my właśnie tak żyjemy!

To będzie dla odmiany kolejny, optymistyczny post. Każdą wolną chwilę spędzam w Barcelonie i powoli zaczynam myśleć o szukaniu tam mieszkania. Abstrahując od kwitnących mimoz, żonkili i drzew owocowych - czyli wiosny, po prostu czuję, że to jest moje miejsce na Ziemi...

Wielkimi krokami zbliżają się moje kolejne (niestety tym razem okrągłe) urodziny. Wielce pocieszające w tym wszystkim jest to, że po pierwsze moja mama przyjeżdża do nas na tydzień w dzień po moich urodzinach, a po drugie, dwie moje przyjaciółki zaproponowały,żebym zrobiła imprezę urodzinową u nich w domu. W związku z czym planuję zostawić mamę z bobasami i wraz z ukochanym wybyć na urodziny do Barcelony (obie mieszkają w centrum).

Poznaję coraz więcej ludzi, miejsc, zwyczajów, potraw i oczywiście słów. Przedwczoraj odbyłam pierwszą rozmowę kwalifikacyjną w szkole językowej - bez względu na jej wynik (którego jeszcze nie znam) bardzo podbudował mnie fakt, że przepytująca mnie osoba władała angielskim gorzej ode mnie, a moje konkurentki - native speakerkami - nie potrafiły zgadnąć skąd jestem.

Coraz więcej i coraz szybciej się dzieje, sypiam po 5 godzin na dobę, dużo gadam z ludźmi, piję dużo wina i oglądam dużo dobrych (głównie cyberpunkowych) filmów. Muszę chyba nabyć drogą kupna jakiś wegański suplement, bo taki tryb życia, choć bardzo przyjemny, jest jednak dość męczący...