sobota, 27 marca 2010

chodź zobaczyć

Dziś zaczął się kolejny weekend... O, buddhowie, jak ten czas szybko leci... Zaczął się dobrze skądinąd - chleby, które piekłam wczoraj w nocy, okazały się pyszne. Pierwszy raz pozwoliłam sobie na eksperymenty - najlepiej wyszedł ten z rodzynkami, a drugi - z suszonymi pomidorami, oliwkami i bazylią też niczego sobie. Moje przyjaciółki, które dziś nimi poczęstowałam, były zachwycone.

Ponadto, tuż przed 40. urodzinami, zrobiłam sobie pierwszy w życiu tatuaż. Prosty, piękny i podobno... seksowny - kanji oznaczające "współczucie" na kręgosłupie. Bolało dużo mniej niż się spodziewałam i niż piercing, który sobie ostatnio reaktywowałam. Tak czy siak, dzięki mojej przyjaciółce znów mogę nosić kolczyki w uszach i w nosie (teflon uber alles) i mam na plecach śliczne, kruczoczarne japońskie znaki. I przy okazji nasłuchałam się, jak zwykle komplementów, jak to pięknie wyglądam i jakie piękne mam ciało.

Za tydzień przylatuje do nas na tydzień moja mama i jestem bardzo szczęśliwa i podekscytowana z powodu jej wizyty. I nie chodzi mi o to, że odpocznę od gotowania i zajmowania się dziećmi, choć to też się przyda... Przede wszystkim chodzi mi o to, że będę mogła pokazać jej miejsce, w którym żyję i w którym mam zamiar spędzić najbliższe lata i jeśli znam ją tak dobrze, jak mi się wydaje, ona potrafi to docenić... Na platanach, których tu pełno, ciągle wiszą na podobieństwo bombek suche, brązowe i kolczaste kulki. Bratki i narcyzy kwitną na rabatach. A słońce świeci i ogrzewa to wszystko... i jeszcze, wiecznie czynne, fontanny i tutejszą secesyjną oraz współczesną architekturę.

Jest tu pięknie i tak się właśnie czuję...

Brak komentarzy: