sobota, 20 marca 2010

wino, kobiety i śpiew

Już jutro pierwszy dzień wiosny i urodziny mojej kochanej córki. Szkoda, że w Warszawie śnieg. Mam nadzieję, że i tam wiosna wkrótce zawita...


W Katalonii od piątku jest powyżej dwudziestu stopni, wszystko kwitnie, a na drzewach wiszą cytryny i mandarynki (czy one owocują przez cały rok?).

Piątkowe przedpołudnie spędziłam w Barcelonie wdychając zapach morza. Popołudnie i wieczór natomiast w Terrassie z przyjaciółką - na jedzeniu, piciu wina, słuchaniu muzyki, spacerze i zabawach z bobasami, wymianie ciuchów i dodatków oraz, oczywiście, gadaniu.

Dziś mieliśmy w planach dalsze atrakcje, ale dzień zaczął się pechowo. Zostaliśmy zaproszeni na tradycyjną o tej porze roku calcotadę. Dom, w którym odbywała się impreza, leży tak daleko w górskim rezerwacie, iż nie posiada adresu. Znajomi podali nam jego współrzędne, ale jakoś bałam się do tego stopnia zaufać naszemu gpsowi, by kierować się tylko nimi. Kiedy chcieliśmy zobaczyć to miejsce na mapie, okazało się, że nie mamy prądu, a co za tym idzie, również internetu. Poprosiliśmy znajomych o jakieś inne wskazówki i udaliśmy się do auta. Sms przyszedł szybko, ale auta nie mogłam najpierw otworzyć, a potem odpalić. Już 2 raz w tym miesiącu (sic!) rozładował mi się akumulator. Poprzednim razem z powodu mrozu i śniegu. Ale wtedy miałam szczęście, bo po jakiejś pół godzinie zaczepiania kierowców trafiłam na takiego, który woził ze sobą kable. Tym razem akumulator rozładowali chłopcy, którzy ostatnio bawili się na przednich siedzeniach włączając światła, wycieraczki i muzykę. A ponieważ ostatnio prawie w ogóle nie jeżdżę, akumulator padł. Tym razem nie miałam już tyle szczęścia - pewnie dlatego, że działo się to w sobotę w porze sjesty. W końcu życzliwi ludzie skierowali mnie do jedynego w okolicy czynnego warsztatu. Po 2 próbach - pierwszej z prostownikiem, a drugiej z kablami, na szczęście udało się moją Toyotę reanimować.

Ruszyliśmy w drogę, ale wkrótce zauważyłam, że świeci się rezerwa. Pojechaliśmy więc na stację, a tam, kolejna niespodzianka - dwa dystrybutory odmówiły zatankowania naszego auta, twierdząc, że bak jest pełen. W końcu pomogła nam obsługa stacji. Po tych wszystkich przygodach, spóźnieni o 2 godziny wyjechaliśmy z Terrassy. Droga wiła się malowniczymi serpentynami wśród oplecionych pnączami drzew, by nieoczekiwanie przemienić się w wąski, kręty i wyboisty leśny dukt. Ale najważniejsze, że udało nam się w końcu dotrzeć na miejsce - naprawdę było warto!

Wiedziałam tylko, że zostaliśmy zaproszeni do tradycyjnego, wiejskiego, katalońskiego domu - tzw. "masia". Ale to, co zastaliśmy na miejscu przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia. Dość wysoko w górach, w otoczeniu lasów i z widokiem na skaliste szczyty, stał wielki, stary, kamienny dom - taki, jakie do tej pory widywałam jedynie w filmach o Toskanii czy Prowansji... Drewniane okiennice, kamienny zlewozmywak, koza w salonie i stare, drewniane meble, to tylko część jego uroku. Na dziedzińcu zebrało się kilkanaście osób - przyjaciół uroczej gospodyni. Wszyscy jedli, pili, śmiali się, tańczyli i rozmawiali. Z wegańskich pozycji w menu znalazły się oczywiście calcots - lokalna specjalność - odmiana długiej, młodej cebuli, pieczona na ruszcie na ognisku i serwowana z sosem romesco (składającym się głównie z czosnku, orzechów laskowych i oliwy). Poza tym były również ziemniaki i grzanki z ogniska, bakłażany i papryka z rusztu, oliwki, domowe gazpacho, guacamole z chipsami oraz mnóstwo wina i ziołowa nalewka gospodyni. A na deser - owoce, orzechy, gruszki pływające w gorzkiej czekoladzie i czekoladowo-owsiane ciasteczka. Ludzie przesympatyczni i dla odmiany chętni do rozmów z nami po angielsku. Nie muszę chyba dodawać, że całą czwórką świetnie się bawiliśmy. Pamiętam - zapierające dech w piersiach widoki, przemiłych ludzi, zapach ogniska i wilgotnego lasu, ale szczerze mówiąc, to miejsce było tak urokliwe, że do tej pory mam poczucie nierealności...

Brak komentarzy: