czwartek, 29 kwietnia 2010

zabierz mnie daleko stąd, kochanie; zabierz mnie daleko gdzieś - w nieznane

W Katalonii wreszcie nastała wiosna! W dzień jest około 30. stopni, ale bez prażącego słońca czy innych szaleństw. Wszystkie kwiaty wszędzie kwitną i wszystkie ptaki wszędzie śpiewają. Jest sezon na karczochy, słodki groszek, rzodkiewki, truskawki i melony. Wreszcie przestałam nosić rajstopy i skarpetki (przynajmniej we dnie) i wygrzebałam z dna szafy z letnie sukienki. Niedługo chyba przyjdzie mi spakować i schować zimowe ciuchy - chłopaków i moje, co w tak zwanym "kompaktowym" hiszpańskim mieszkaniu nie będzie łatwe. To znaczy spakować zawsze mogę - od biedy w worki na śmieci, ale nie mam gdzie schować...

Czuję się bardzo dziwnie i niepewnie... Mój ukochany wyprowadza się z Hiszpanii na pół roku za 10 dni (sic!). Szczerze mówiąc, nawet o tym nie myślę, staram się nie myśleć. Plan jest taki, że będzie do nas (chłopców i mnie) przylatywał na weekend co dwa tygodnie, w związku z czym, będę każdorazowo myślała tylko o dwutygodniowej rozłące. Inaczej chyba bym zwariowała... Zresztą i tak boję się, że oszaleję w tym katalońskim miasteczku, w którym znam słownie 3 (sic!) osoby, a i to niezbyt dobrze... (nie licząc oczywiście sprzedawców, kelnerów czy urzędników). Żeby było trudniej, właśnie zamknęli na półtora miesiąca jeden-jedyny supermarket blisko naszego domu. Tak więc będę musiała jeździć z chłopcami autem do Carrefoura. Pocztę koło nas też zamknęli, a raczej przenieśli...

Mam nadzieję przetrwać jakoś ten czas tutaj przed przeprowadzką do Barcelony - jeszcze tylko 3 miesiące!!! Choć z drugiej strony przeraża mnie perspektywa oglądania mieszkań do wynajęcia w towarzystwie bobasów. Pamiętam, jaka byłam zestresowana, kiedy niespełna rok temu, zostałam z nimi (i z moją dużą i pomocną córką) w Warszawie poszukując chętnych do wynajęcia mojego mieszkania, organizując przeprowadzkę i domykając wszystkie sprawy... Wtedy wydawało mi się to wielce trudne i stresujące. I myślałam, że to taka wielka zmiana w moim życiu... A teraz przyjdzie mi robić mniej więcej to samo w obcym kraju, którego języka jeszcze nawet dobrze nie opanowałam... Ale wierzę Nietzshemu, który twierdził, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Szczerze mówiąc najbardziej stresuje mnie nie tyle perspektywa szukania nowego mieszkania (w tej dziedzinie mam już spore doświadczenie), co perspektywa szukania przedszkola dla chłopców. Wprawdzie moja córka uczęszczała do trzech różnych placówek; ale po pierwsze to były polskie, a nie katalońskie przedszkola; a po drugie była wegetarianką uczuloną na mleko i cukier, a nie weganką.


Dobrą stroną tego wszystkiego jest, że będę miała szansę po raz kolejny udowodnić sobie i światu, jaka to jestem dzielna i zaradna - muszę to stale udowadniać, bo sama w to, niestety, nie wierzę. Poza tym może nauczę się wreszcie prosić o pomoc, bo sama chętnie ją ofiaruję i daję, ale z proszeniem o nią innych mam wielki problem... Może nie chcę być nikomu nic winna?

Na koniec, muszę jeszcze napisać, że moje bobasy zachowują się coraz cudniej - jestem z nich bardzo dumna i szczęśliwa, ale o tym - w następnym odcinku...

czwartek, 15 kwietnia 2010

sweet dreams are made of this, who am I to disagree?

Czy to moje życie coraz bardziej przyśpiesza? Czy po prostu jestem coraz starsza i za nim nie nadążam? W prima aprilis skończyłam 40. lat i bynajmniej nie był to żart... W związku z wkroczeniem w tak stateczny wiek obiecałam sobie, że będę się codziennie malować i w ogóle bardziej dbać o siebie. I oczywiście po tygodniu przestałam. No bo, jak może dbać o siebie kobieta, która przez 3 godziny myje swój samochód na ulicy posługując się baniakiem z wodą, płynem do mycia naczyń (żeby ekologicznie było), gąbką na kiju do mycia szyb i paznokciami?

Ale, żeby nie było, zrobiłam sporo w tym kierunku. Nabyłam drogą kupna 4 sztuki kosmetyków do makijażu w H&M, a także zorganizowałam sobie super liftingujący krem i 3 fajne ciuchy z Allegro, które to moja mama dostarczyła będąc u nas z wizytą. Przyleciała na tydzień - dzień po moich urodzinach. I tak, jak obiecała, większość czasu spędziła z bobasami. Myślę, że wszystkim to było bardzo potrzebne. Mama przypomniała sobie wnuków, a wnukowie - babcię. A ja i mój ukochany mieliśmy pierwsze od dawien dawna okazje do wieczornych wyjść na miasto. Dzięki temu zobaczyliśmy, między innymi, "Awatara" w 3D, którego serdecznie polecam. Rodzicielkę oczywiście zachwyciła Barcelona. Bardzo się cieszę, że mogłam ją jej pokazać. Jedynym zgrzytem był ostatni dzień jej pobytu u nas. Optymistycznie założyłam, że dotarcie na lotnisko zajmie mi pół godziny i nie wzięłam pod uwagę gigantycznych, barcelońskich korków. Kosztowało mnie to sporo nerwów i bilet lotniczy do Polski.

Ale na tym nie koniec niespodzianek (sic!). Mój ukochany, który od kilku miesięcy szukał pracy, właśnie ją znalazł... w Kopenhadze. Wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli jakoś przeżyć najbliższe sześć miesięcy daleko od siebie - on w Kopenhadze, a ja w Barcelonie. A myślałam, że już zapłaciłam za realizację moich marzeń...