czwartek, 15 kwietnia 2010

sweet dreams are made of this, who am I to disagree?

Czy to moje życie coraz bardziej przyśpiesza? Czy po prostu jestem coraz starsza i za nim nie nadążam? W prima aprilis skończyłam 40. lat i bynajmniej nie był to żart... W związku z wkroczeniem w tak stateczny wiek obiecałam sobie, że będę się codziennie malować i w ogóle bardziej dbać o siebie. I oczywiście po tygodniu przestałam. No bo, jak może dbać o siebie kobieta, która przez 3 godziny myje swój samochód na ulicy posługując się baniakiem z wodą, płynem do mycia naczyń (żeby ekologicznie było), gąbką na kiju do mycia szyb i paznokciami?

Ale, żeby nie było, zrobiłam sporo w tym kierunku. Nabyłam drogą kupna 4 sztuki kosmetyków do makijażu w H&M, a także zorganizowałam sobie super liftingujący krem i 3 fajne ciuchy z Allegro, które to moja mama dostarczyła będąc u nas z wizytą. Przyleciała na tydzień - dzień po moich urodzinach. I tak, jak obiecała, większość czasu spędziła z bobasami. Myślę, że wszystkim to było bardzo potrzebne. Mama przypomniała sobie wnuków, a wnukowie - babcię. A ja i mój ukochany mieliśmy pierwsze od dawien dawna okazje do wieczornych wyjść na miasto. Dzięki temu zobaczyliśmy, między innymi, "Awatara" w 3D, którego serdecznie polecam. Rodzicielkę oczywiście zachwyciła Barcelona. Bardzo się cieszę, że mogłam ją jej pokazać. Jedynym zgrzytem był ostatni dzień jej pobytu u nas. Optymistycznie założyłam, że dotarcie na lotnisko zajmie mi pół godziny i nie wzięłam pod uwagę gigantycznych, barcelońskich korków. Kosztowało mnie to sporo nerwów i bilet lotniczy do Polski.

Ale na tym nie koniec niespodzianek (sic!). Mój ukochany, który od kilku miesięcy szukał pracy, właśnie ją znalazł... w Kopenhadze. Wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli jakoś przeżyć najbliższe sześć miesięcy daleko od siebie - on w Kopenhadze, a ja w Barcelonie. A myślałam, że już zapłaciłam za realizację moich marzeń...

Brak komentarzy: