poniedziałek, 5 lipca 2010

don't talk, just kiss

Im dłużej mieszkam w Katalonii, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że to moje miejsce na Ziemi... Powoli adoptujemy się do tutejszych zwyczajów i przestawiamy na tutejszy tryb życia, czyli "najpierw sjesta, a potem fiesta". Zresztą ostatnio całkiem dosłownie. W Terrassie właśnie trwa 5-dniowa "Festa Major", z której ostatnio wróciłam z bobasami o północy (sic!). Bawiliśmy się świetnie, choć taka fiesta, to skarbonka dla rodziców - 2 świecące pistolety na bańki mydlane - 10 euro, 2 przejazdy bobasową karuzelą-rollercoasterem - 6 euro, ale warto było. Jutro znów tam idziemy! Bobasy ciągle wspominają "auto-góra-macha-mama".

Jeden dzień spędziliśmy nad morzem w przepięknym, nowoczesnym mieście Salou. Nie dość, że mają tam plażę ze złotym (sic!) piaskiem; a w morzu pływają małe, świecące na zielono rybki; całe miasto pełne jest egzotycznych kwiatów i drzew (głównie palm i magnolii); to jeszcze jest tam ogromny park, w którym rośnie mnóstwo lawendy i zające biegają po trawie. Opis mieszkania w komunalnym bloku z 2 tarasami (sic!) już sobie daruję.

A w Terrassie ludzie właśnie wracają z fiesty. Przed chwilą zeszłam na dół pogodzić kłócącą się pod moim tarasem parę i kiedy obejrzałam się na nich otwierając drzwi do domu - całowali się!

1 komentarz:

motory z usa pisze...

fajnie tu u Ciebie :)