czwartek, 1 lipca 2010

I'm still alive

(and kicking)

Ponieważ nie wiem jak miałabym opisać co się działo od czasu mojego ostatniego posta, napiszę tylko, że po kolejnym załamaniu wracam do żywych, ale jak mówi Philip Kapleau, mistrz zen „Nie ważne ile razy upadniesz, ważne ile razy się podniesiesz". I samo to, że tu piszę na to wskazuje.

Wczoraj chłopcy obudzili mnie późno - o wpół do dziesiątej. Zjedliśmy długie, leniwe śniadanie - jogurty sojowe i kanapki - domowy, razowy chleb na zakwasie i wegański ser. Potem spędziliśmy kilka godzin na tarasie polewając się wodą ze szlauchu i prysznica i chlupiąc się w basenie. Następnie Igorek udał się na sjestę, a Olafek eksperymentował ze mną w kuchni. Czy mówiłam już, że chłopcy uwielbiają gotować? A najbardziej ze wszystkiego podoba im się oczywiście obsługa maszyn kuchennych. Sami robią soki i wszelkie inne potrawy wymagające użycia malaksera. Zresztą nie gardzą też bardziej tradycyjnymi metodami - ciasto na chleb zawsze przyrządzamy razem - ja przygotowuję składniki, jeden bobas wsypuje je do miski, a drugi miesza. Wczoraj po raz pierwszy przyrządziliśmy zielone gazpacho na bazie sałaty i ogórków, a dziś - białe gazpacho "ajo blanco" na bazie migdałów - jest przepyszne. Zresztą już widzę całą gamę innych, możliwych gazpachos z owocowymi włącznie...

Potem poszliśmy na spacer. Ostatnio naszym ulubionym miejscem jest skwerek przy głównej ulicy Terrassy - szumnie nazwany "Parc dels Catalans" i składający się z kilku porośniętych trawą i nielicznymi drzewami oraz krzakami wzniesień. Ostatnio naszą ulubioną zabawą jest chodzenie i turlanie się po trawie na bosaka oraz oczywiście pikniki w cieniu drzew. I nie wiem czemu, ale są to rzeczy, których nigdy nie robiłam w Warszawie i pewnie dalej bym ich nie robiła, gdybym nie przeprowadziła się do Katalonii.

Pogoda jest przepiękna - 35 stopni w dzień i około 20. w nocy. Nadal nie mogę uwierzyć, że mieszkam w kraju, w którym używanie wachlarza jest czymś normalnym i bezpretensjonalnym. Gdyby w powszechnym użyciu znalazły się woalki i koronkowe rękawiczki, lista moich modowych fetyszy byłaby kompletna...

Właśnie napisałam do znajomej, że chyba nigdy do końca nie zrozumiem tutejszych zwyczajów i że zawsze będę się tu czuła outsiderem, ale wolę to, niż czuć się outsiderem w rodzinnym kraju (sic!). Zresztą i tak mam poczucie, że bardziej pasuję do Barcelony niż do Warszawy...

i na koniec... znów przepis - tym razem na gazpacho

Przepis

Zielone gazpacho

główka sałaty/młody szpinak
ogórek/zielona papryka
bułka (może być czerstwa)
wegańska kostka rosołowa
oliwa extra virgin
słodka cebula/szczypiorek/dymka/czosnek
sok z cytryny


Bułkę namoczyć w wywarze z kostki rosołowej. Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę i dolać tyle wody, żeby uzyskać pożądaną konsystencję. Można dodatkowo doprawić białym pieprzem, białym octem winnym i solą. Podawać mocno schłodzone.



Białe gazpacho (Ajo blanco)

obrane migdały (ok. 125 g)
ogórek
bułka (może być czerstwa)
wegańska kostka rosołowa
oliwa extra virgin
czosnek
sok z cytryny


Bułkę namoczyć w wywarze z kostki rosołowej. Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę i dolać tyle wody, żeby uzyskać pożądaną konsystencję. Można dodatkowo doprawić białym pieprzem, białym octem winnym i solą. Podawać mocno schłodzone.

Tradycyjnie gazpacho przybiera się migdałami i zielonymi winogronami.

1 komentarz:

Gry Na Pieniądze Bez Depozytu pisze...

uwielbiam Twój styl pisania! ;)