niedziela, 18 lipca 2010

vamos a la playa

Jest już grubo po północy, a ja siedzę na tarasie z laptopem, słucham hiszpańskiego folku od sąsiadów, oglądam odległe błyskawice i obserwuję nietoperze.

W czwartek przyleciała moja kochana córka z przyjaciółką z klasy (bardzo sympatyczną zresztą). Obie dziewczyny uważają pomaganie mi w prowadzeniu domu i opiece nad bobasami za rzecz oczywistą, co bardzo mnie cieszy. Wczoraj spałam do 14 (sic!). Dziewczyny rano pomagają mi w domu, a popołudnie i wieczory spędzają na mieście. Niemniej jednak zdążyłyśmy już zaliczyć jeden wspólny, babski wieczór na tarasie i czułam się świetnie w roli dobrej, wyluzowanej mamy, której można wszystko powiedzieć.

Bobasy chorują - tzn. są przeziębione (Olafek jak zwykle bardziej). A wszystko przez klimatyzację w aucie... W ciągu 3 dni pokonaliśmy 1200 km, żeby odwiedzić znajomych i wrócić do domu. W te upały opcja podróży bez klimatyzacji nie wchodziła w grę, zwłaszcza, że parkuję auto na ulicy. Samotna podróż z bobasami autostradą okazała się być wyzwaniem. Jadąc tam zatrzymaliśmy się na piknik i było bardzo miło, jednak po jakimś czasie usłyszałam z tyłu dziwne bulgotanie - okazało się, że Igorek zwrócił większość piknikowego posiłku. Chcąc, nie chcąc, musiałam zjechać z autostrady pierwszym zjazdem, na skutek czego trafiliśmy do leniwego, uroczego, walońskiego miasteczka. W tamtejszej aptece musiałam sama przeszukać półki w poszukiwaniu odpowiedniego specyfiku, bo to co zaproponowała mi farmaceutka nie nadawało się dla dzieci. Kiedy znalazłam homeopatyczny lek przeciwwymiotny, stwierdziła, że "bardzo się cieszy". Ale kiedy spytałam ją gdzie jest woda, potrzebna do jego rozcieńczenia, usłyszałam "no, my mamy tu wodę, ale dla siebie, nie dla klientów" (sic!). Najważniejsze jednak, że lek zadziałał i resztę drogi odbyliśmy bez sensacji. W drodze powrotnej natomiast bobasy cierpiały na sensacje żołądkowe objawiające się rozwolnieniem - przypuszczam, że woda z basenu i z morza, którą wypiły, miała w tym swój udział.

Niemniej jednak bawiliśmy się świetnie w towarzystwie, do tej pory znanej jedynie z sieci, wege rodziny z dwójką dzieci - chłopcem dokładnie w wieku moich bobasów. Zaliczyliśmy 2 wyprawy na basen i jedną na plażę. Zjedliśmy mnóstwo pysznego, wegańskiego jedzenia, a na dodatek gospodarze zabawiali mnie wieczorami rozmową, a rano pozwalali mi się wysypiać przez 2 dni pod rząd (sic!), więc podładowałam baterie.

Poza tym udało mi się zapisać bobasy do super wypasionej, państwowej szkoły w Barcelonie. Powziąwszy (jak się potem okazało słuszne) podejrzenie, że wydział oświaty nie będzie zbyt przejmował się moimi preferencjami w wyborze szkół, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i zaczęłam dzwonić do czterech szkół, które wytypowałam. W pierwszej od razu usłyszałam, że nie ma miejsc i jest bardzo długa lista oczekujących, a podania takie jak moje mogą ewentualnie zostać rozpatrzone, po przyjęciu wszystkich oczekujących (sic!). Jednak w drugiej, ku mojemu zdumieniu, usłyszałam, że są miejsca dla trzylatków! W ciągu 2 dni udało mi się skompletować wszystkie potrzebne papiery i zdjęcia, z którymi w poniedziałek wyruszyliśmy do Barcelony. Kadra okazała się przemiła - nikt nie wydziwiał nawet, kiedy powiedziałam, że chłopcy nie jedzą żadnych pokarmów pochodzenia zwierzęcego, nadal używają pieluch i nie sypiają w dzień. Po załatwieniu formalności - obejmujących między innymi bardzo dokładny wywiad na temat ciąży, porodu i rozwoju bobasów (sic!), nauczycielka oprowadziła nas po całej placówce. I mówiąc szczerze, choć moja córka uczęszczała do jednego z najlepszych warszawskich przedszkoli, to co zobaczyłam i usłyszałam, wprawiło mnie w osłupienie. Szkoła ma duży dziedziniec wysypany piaskiem z drzewami oraz huśtawkami, zjeżdżalniami itp. Poza tym jest tam ogródek, w którym dzieci własnoręcznie sadzą i pielęgnują warzywa i zioła, które następnie zjadają (sic!). Oprócz sal/klas dwóch oddziałów P-3 (dla trzylatków) wyposażonych w nowoczesne pomoce naukowe, a nawet komputery; są tam również pracownie: plastyczna, fizyczna (dzieci przeprowadzają w niej rozmaite eksperymenty), przyrodnicza (hodują tam między innymi żółwie i kijanki, które następnie wypuszczają do jeziora) oraz bardzo imponująca sala gimnastyczna. Dodatkowo płatny jest autobus dowożący i odwożący dzieci oraz zajęcia pozalekcyjne obejmujące basen i muzykę... Bobasy, które wcześniej bardzo chciały jechać na plażę i poznać nowe dzieci, po zwiedzaniu szkoły były tak zdesperowane, żeby tam zostać, że musiałam wyciągać je stamtąd dosłownie na siłę (sic!).

1 komentarz:

elektryk warszawa pisze...

świetnie tutaj u Ciebie na tym blogu ~! :)